niedziela, 2 października 2016

To nie rozdział

Cześć wszystkim,
chciałam powrócić z nowym rozdziałem, jednak nie udało się. Zwlekałam, bo liczyłam na to, że jednak coś stworzę. Ale nic z tego nie wyszło, a nie mogę odwlekać tego jeszcze dłużej, bo to nie fair.
Więc tak: wiem, że czekacie i ilość komentarzy podczas mojej nieobecności mnie powaliła. Nie spodziewałam się, że tyle osób aż tak polubiło tę historię, jest mi niezmiernie miło z tego powodu.
Tym bardziej przykro mi, że muszę Was rozczarować. 
Nie chcę pisać długaśnych elaboratów i opowieści o trudnościach losu, więc postaram się wyjaśnić szybko. 
Ostatnie miesiące były najtrudniejszym czasem, jaki kiedykolwiek spotkał mnie w moim życiu. Zadziało się wiele, wiele bardzo nieprzyjemnych rzeczy, wszystkie na raz i uporanie się z nimi okazało się trudne. Bardzo. Można powiedzieć, że wszystkie plany na przyszłość mi się zawaliły, jeden po drugim. 
Doprowadziło to do tego, że nie byłam (i nie jestem) w stanie napisać czegokolwiek zabawnego, lekkiego, w stylu tego opowiadania. Ogólnie moje poczucie humoru stało się dość czarne. A nie chciałam wracać z byle czym i byle jak, siejąc depresyjny ferment. 
Nowy rozdział zaczęłam pisać, konspekt spisałam, zaczęłam wracać do formy, miałam zamiar wstawić go pod koniec września tak, by rozpoczął on wielki powrót. A wtedy życie przywaliło mi na tyle mocno, że teraz leżę i staram się podnieść, ale nie wiem, co będzie dalej. Jest źle, bardzo.
Miało nie być długo, ale tak to jest, jak się zaczyna wylewać żale. 
Przepraszam za brak odzewu wcześniej i brak rekompensaty teraz.
Nie chcę porzucać tego opowiadania i nie porzucam. Ale nie wiem, kiedy powrócę. Chcę jak najszybciej, ale do śmiechu mi nie za bardzo na ten moment. 
Trzymajcie się ciepło i dziękuję za odzew,
może los tak chciał?

Sugar


niedziela, 14 lutego 2016

Nikomu nie mówcie

Niespodziaaaaanka! 
Jako że poprzedni zajął mi tyle, a miałam ferie i świetny humor, ten jest szybciej niż zwykle :D
Starałam się.
Ten rozdział jest... dziwny. Efekt dziwnego nastroju. No i  dodałam więcej cukru niż zazwyczaj - w końcu mamy Walentynki. Lubicie na słodko?
Spójrzcie na niego z przymrużeniem oka. Szczególnie chodzi mi o scenę z piosenkami. Bardziej dla żartu niż na serio. Niektóre teksty z prawdziwych piosenek, niektóre wymyślałam. 
Ogólnie cały ten rozdział jest półżartem, półserio. Jest to bardziej "wstawka", która ma zapełnić miejsce między rozdziałem poprzednim, a następnym.
Niemniej jest on istotny! 
W każdym razie życzę dobrej zabawy :D
I bardzo dziękuję za odzew pod ostatnim postem. Bałam się, że wszyscy uciekną ode mnie XD

I jak zwykle, zapraszam do klikania w ankietę, bo ważne dla mnie ----->
(a propos, coś się zepsuło i blogspot zmniejszył o kilkanaście liczbę głosujących : / )

Ps: Czy fani Disneya czują bluesa? ^ ^

oOo


- Merlinie, Weasley, to nie kapusta, siekaj staranniej.

- Co za różnica? I tak pójdzie do gara.

Malfoy posłał jej spojrzenie, wyraźnie świadczące, że dziewczyna bluźni okropnie.

- Zacznijmy od tego, że gary, to może masz w domu. To jest kociołek. Narzędzie. Instrument wręcz, delikatny przyrząd-

- Wzrusza cię kociołek? - parsknęła.

- A po drugie – ciągnął, nie zwracając uwagi na wtrącenie Gryfonki, - to ty zawaliłaś eliksir, nie ja, więc siedź cicho i słuchaj się mądrzejszych.

- Halo, halo, zawaliłam eliksir przez ciebie. Pamięć już nie ta, kochaneczku? - prychnęła. Malfoy uniósł znacząco brew.

- Kogo ty próbujesz oszukać? - westchnął, odbierając od Ginny nóż. Zzaczął dokańczać siekanie fioletowej rośliny.

- Nie jestem taka zła – żachnęła się, zaglądając z ciekawością do kociołka. Odsunęła się, marszcząc nos. - SUMy zdałam na Wybitny.

- I zapewne jest to jedna z tych zagadek, które nigdy nie zostaną rozwiązane.

- Nie bądź niemiły i rób eliksir – odpowiedziała, zakładając nogę na nogę.

- Jeśli nie chcesz też wylądować w kotle, to mi nie rozkazuj – wymamrotał, ostrożnie wsypując posiekane zioła. - Ruszyłabyś się sama do roboty. Nie mam zamiaru zdać za ciebie eliksirów.

- Odwaliłam mój szlaban. Był bardzo niemiły i bardzo męczący. Twoja kolej na zadośćuczynienie – odpowiedziała lekko, przeciągając się. Malfoy westchnął ciężko.

Sprawiedliwości musiała się stać zadość, a eliksir musiał być oddany na zaliczenie Snape'owi. Ginny rozumowała, że skoro przez Malfoya nie zdała, to Malfoy jej pomoże w ramach pokuty.

I właśnie tak, w niedzielne popołudnie, chłopak pokutował, stojąc nad kociołkiem, z którego wydobywały się niezbyt przyjemne opary i w pocie czoła pracował na zadowalającą ocenę koleżanki-Gryfonki. Ginny uznała, że nawet jeśli Snape jej tego nie uzna (a tak mogło się stać, zważając na fakt, że profesor wyraźnie wątpił w umiejętności dziewczyny i mógł zakwestionować jej samodzielną pracę – i słusznie), to widok Draco Malfoya, z zakasanymi rękawami i włosami, skręcającymi się od pary, uwijającego się przy jej wywarze, był wystarczającą rekompensatą.

- Poza tym: chciałam współpracować. To ty jesteś niekooperatywnym typem.

- Niekooperatywny? Gdzie poznałaś takie długie słowo? - parsknął pod nosem, nie spuszczając wzroku z eliksiru. Ginny wywróciła oczami.

- Znam jeszcze więcej długich słów. Ale tak się składa, że są brzydkie. Obrażaj mnie dalej, a poznasz je wszystkie.

- Nie kuś – mruknął pod nosem i energicznym ruchem zamieszał w kociołku. - I byłbym kooperatywny, gdybyś przy kociołku nie stawała się jedną z największych katastrof naturalnych.

- Sam jesteś katastrofa naturalna – burknęła. - To przez presję! - rzuciła obronnie.

- Pod presją tracisz też umiejętność ripostowania? - uśmiechnął się przekornie. Ginny zacisnęła mocno usta.

- Sam tracisz umiejęt-

- Weasley, czy robisz to specjalnie? - Malfoy przerwał, odwracając się w jej stronę gwałtownie. Ginny wyszczerzyła się.

- Na większy wysiłek nie zasługujesz – odparła, odchylając się na krześle. Malfoy spojrzał na nią beznamiętnie i lekko pchnął stopą nogę krzesła.

Ginny boleśnie wylądowała na plecach z głośnym piskiem.

Malfoy zachichotał.

- Wyszło lepiej niż planowałem.

- Mogłam zginąć, tleniona fretko! Masz ty w ogóle rozum i godność człowieka! - krzyknęła, po czym przeklęła, gramoląc się z podłogi.

Ślizgon zaśmiał się głośniej.

- To jest jedno z tych długich, brzydkich słów?

Ginny posłała mu najbardziej ponure spojrzenie, na jakie było ją stać.

- Nie doceniasz mnie. To był powiew wietrzyku przed wichurą. W ogóle, co z tobą jest nie tak? Wszystko tam pod sufitem w porządku? - zapytała, pukając się w czoło. Malfoy wzruszył ramionami i wrócił do eliksiru, który zaczynał bulgotać.

- Trzymaj swoją wichurę na wodzy, Weasley. A przynajmniej do najbliższego meczu. Będziesz miała na co kląć.

Ginny zmarszczyła brwi.

- Jaki mecz?

Malfoy spojrzał na nią z uniesionymi brwiami.

- Co z ciebie za fan Quidditcha?

- Bardzo zajęty. Kto gra?

Malfoy uśmiechnął się pod nosem i zamieszał kilka razy, zanim odpowiedział.

- Zjednoczeni i Harpie – parsknął pod nosem. - Znaczy... Zjednoczeni będą grali. Harpie zajmą się błaganiem o litość.

- Litości to będą potrzebowali twoi Zjednoczeni, gdy już będą czołgali się po ziemi – prychnęła. - Harpie wygrają.

- Jesteś uroczo naiwna, Weasley. Kiedy już poniosą porażkę, będę pierwszym, który zaśmieje ci się w twarz.

Ginny podniosła się z siedzenia i podeszła do Malfoya z sceptycznym uśmiechem. Może gdyby nie był wyższy o głowę element zastraszenia by zadziałał.

- Przestań marzyć – powiedziała. - Zejście na ziemię będzie bolesne. A raczej upadek. Głośny. Obiecuję, że jeszcze przycisnę cię do gleby – uniosła głowę z wyższością. Malfoy tylko zaśmiał się szyderczo.

- Jak już mówiłem: uroczo naiwna – chłopak odsunął się od kociołka, oceniając z daleka swoją pracę. - I z przyjemnością zobaczę, jak twoje marzenia się sypią. Może wysłuchamy transmisji razem? To będzie przekomiczne. Odważysz się?

Ginny skrzyżowała ręce na piersi.

- Czy się odważę? Malfoy, ja jestem w stanie nawet zapłacić, żeby zobaczyć porażkę na twojej twarzy. Podaj miejsce i godzinę.

- Naprawdę jesteś w stanie zapłacić? - posłał jej znaczące spojrzenie.

- Śmieszny jesteś – prychnęła. - Mam ważniejsze wydatki.

- Twoja przegrana będzie moją zapłatą. Za dwa tygodnie, stara sala transmutacji, zaraz po kolacji. Jakbyś jednak przestraszyła się wstydu, daj znać. Będę wyrozumiały.

- Ja nie wiem, co to wstyd – odpowiedziała wyniośle. Malfoy uśmiechnął się swoim najbardziej malfoyowatym uśmiechem.

- I tu się zgodzę.

Siniaka miał aż do rozgrywek.


oOo


- Bywa przyzwoity. Gdy nie pamięta, by być Malfoyem – odpowiedziała wymijająco Ginny, wpatrując się z konsternacją w swój krztuszący się piórnik. Wykasłał kłębek nici.

- Uwaga, tłumaczę: lubię go, ale nikomu nie mówcie – powiedziała Luna, poklepując charczący piórnik przyjaciółki. - To chyba nie jest śpiew.

- Uwaga, wyrażam zdziwienie: jak to lubisz? To się w ogóle da lubić? - dorzucił Colin, z rezygnacją odkładając różdżkę. - Ja się w to nie bawię.

- Wcale nie lubię. Dlaczego ludzie wciskają mi, że lubię? - syknęła Ginny, gdy wzrok Flitwicka wylądował na nich. - I wiem, że to nie jest śpiew, okej? Nie było mu dane. Jest stworzony do innych rzeczy.

- Bo lubisz – parsknęła Luna, dyrygując różdżką swojemu piórnikowi, który nucił cichutko delikatną melodię. - Pierwszy krok, to przyznać, że ma się problem, Ginny.

- Ale ja się wstydzę – jęknęła, kładąc się na ławce z rezygnowaniem.

- Lubienia Malfoya, czy charczącego piórnika? - zaśmiał się Colin, rozkładając się na krześle.

- Obu. To nie jest normalne.

- No. Piórniki nie powinny wydawać takich odgłosów. Nawet pod zaklęciem – pokiwała głową Luna. Ginny wydęła usta.

- Mówiłam o Malfoyu. To patologiczne. Może ja powinnam się leczyć? Może jestem masochistą? To trochę jak lubienie oprawcy – powiedziała, przybierając poważny wyraz twarzy. - Moment. Nie. To jest lubienie oprawcy!

Luna zamyśliła się na chwilę, wsłuchując się w melodię, jaką wyśpiewywał jej piórnik. Colin wrócił do prób wykonania swojego czaru.

- Nie do końca. Ostatnio jest jakiś łagodniejszy.

- Łagodny Malfoy? Może jeszcze sympatyczny – parsknęła Ginny, stukając różdżką w swój piórnik. Ten natychmiast zamilkł.

Przykro mi, ale jesteśmy na nie.


- Łagodniejszy, nie łagodny. Ostatnio się na tobie nie wyżywa, prawda?

- Dyskutowałabym.

- I nawet innym trochę odpuścił. Niektórzy sądzą, że jest chory.

- Ja słyszałem, że został mu miesiąc życia i próbuje odkupić swoje winy – powiedział Colin, odrywając się od machania różdżką.

Dziewczyny spojrzały na niego z konsternacją.

- Kto był tak głupi, żeby to wymyślić?

- Mi powiedziała Amanda – Colin podrapał się po karku. Dziewczyny wydały odgłos zrozumienia.

- Jej zostanie miesiąc życia, jak nie naprawi mózgu – mruknęła Ginny i ponownie rzuciła zaklęcie. Tym razem poszło jej lepiej. Piórnik zaczął wydawać losowe dźwięki.

- W każdym razie, coś z nim jest nie tak – skwitowała Luna. Ginny pokiwała głową.

- Z nim wszystko jest nie tak.

- I z tobą też – dodał Colin. Ginny spojrzała na niego groźnie. - Musi być, skoro go lubisz – dodał ze śmiechem.

Gryfonka machnęła na przyjaciela różdżką. Po raz pierwszy zaklęcie rozśpiewania jej się udało.

- Patrz, co zrobiłaś, jaka głupia byłaś – zaśpiewał Colin, po czym przytknął dłonie do ust, wytrzeszczając oczy.

Ginny i Luna wybuchnęły głośnym śmiechem. Colin zmrużył ze złością oczy i także odwdzięczył się zaklęciem przyjaciółce. Jemu także wyszło. Ginny westchnęła głośno.

- Powiedz, powiedz czemu...

- Nie rozumiesz, że to sprawia ból, a to przecież tylko kilka słów...


- Proszę, przestańcie – powiedziała przez śmiech Luna. - Dać dwóm Gryfonom różdżki.

- Mam już dość, nie mów mi nic, pozwól żyć-

- I coście narobili? - westchnął Flitwick, podchodząc do rozśpiewanych przyjaciół.

- Wierzyłam w lepszy świat, wierzyłam w przyjaźń z dawnych lat-

Flitwick pokiwał głową i najpierw odczarował Colina, który odetchnął z ulgą. Sprawy skomplikowały się, gdy przyszła kolej na Ginny.

Zaklęcia nie dało się cofnąć. Gryfonka zaczęła panikować, co wyraziła w przejmującej pieśni o wolności i przeznaczeniu. Dziewczyna nawet nie wiedziała, że tak umie.

Gdy siły profesora zawiodły, ten westchnął ciężko i nakazał podróż do Skrzydła Szpitalnego. Colin i Luna zaofiarowali eskortowanie koleżanki i ewentualne zbieranie napiwków, które dziewczyna zarobi swoimi występami po drodze.

Ginny ich wesoły humor skwitowała przyśpiewką o „Małgosi i zdradliwym Jasiu”.

- Ale jakby się zastanowić, to nie jest zły pomysł. Postawimy ją przy wejściu do Wielkiej Sali, rzucimy kapelusz na ziemię, zarobimy trochę Galeonów i ruszymy w trasę. Potem-

- Zamilcz, za-amilcz. Już nie chcę słyszeć ciebie nigdy więcej, krwawi moje serce...

- I tu zgodzę się z naszą rozśpiewaną koleżanką – powiedziała Luna, śmiejąc się lekko. Colin parsknął.

- Dbam o naszą przyszłość, koleżanki, a wy tak się odpłacacie? Dlaczego nie podobają się wam moje plany? - przyłożył rękę do serca.

- Boo ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znaaamy...
Luna i Colin po raz kolejny wybuchnęli śmiechem. Ginny wyszczerzyła się. Zaczynała być dobra w tej zabawie. Choć nie obraziłaby się za antyzaklęcie. Cudem nikogo nie napotkali w drodze do Skrzydła Szpitalnego. Zostały ostatnie schody i będą na miejscu. Ale że Ginny nie wierzyła w cuda, była pewna, że za chwilę coś się stanie.

I naprawdę mogła przewidzieć, że wpadną wprost na Draco Malfoya i Blaise'a Zabiniego. Gryfonka gwałtownie przycisnęła mocno dłonie do ust, by nie wydać z siebie żadnego dźwięku.

Ślizgoni spojrzeli na nią z zdezorientowaniem.

- Rozumiem, Weasley, mogło ci zaprzeć dech na nasz widok, ale aż tak? - Malfoy uniósł brew.

- Nie doceniasz naszego splendoru, drogi kolego – odparł Zabini, patrząc na dziewczynę z rozbawieniem.

Ginny zapomniała, że nie powinna się odzywać i odjęła dłonie od ust. Natychmiast wydobyła się z nich melodia.

- Tak mnie śmieszy niesłychanie daję słowo, kiedy robisz się współczesnym Casanovą, patrzysz w oczy moje piwne, ręce zbytnio masz aktywne i wyglądasz, jak byś chciał mnie zjeść!

Na chwilę zapadła cisza, a następnie i Luna i Colin i Malfoy i Blaise wybuchnęli śmiechem, który poniósł się daleko korytarzami. Ginny ukryła twarz w dłoniach. Miała ochotę jęknąć: „O Merlinie...”, ale bała się otwierać usta.

- A myślałem, że widziałem już wszystko – zachichotał Blaise. - Chyba wyznam ci miłość, Gingerku.

- W taki sposób chcesz wyprosić od niej serenadę? - parsknął Malfoy, nawet nie próbując ukryć rozbawienia.

- Niech błogosławiony będzie dzień, w którym cię poznałem – dodał Colin, nie mogąc się powstrzymać.

- Żałuję, że cię znałam, żałuję, że ufałam...
I kolejna fala radości. Ginny ze złością wyciągnęła różdżkę. Na szczęście, lub nieszczęście, zaklęcie rozśpiewania nie przeszkadzało w rzucaniu czarów. Ginny zdążyła machnąć kilka razy różdżką, nim Luna powstrzymała przyjaciółką. To wystarczyło, by przestała być solistką.

- Jeżeli tylko mógłbym cofnąć czas, wrócić do tamtych lat... – Malfoy wytrzeszczył oczy z przerażeniem. Ginny roześmiała się głośno.

- Too meee zwycięstwo, więc cie-erp...

- Znikaj, znikaj, już nie chcę widzieć ciebie nigdy więcej, znikaj jak najprędzej...

- Miłooość ci wszystko wybaaczy... - dołączył się Colin. Luna zastanawiała się, czy nie było by rozsądnie przerwać koncert, ale była zbyt zajęta śmiechem, by rozważyć to na poważnie.

- I co ja robię tu-u-u, co ja tutaj robię? - Blaise najwyraźniej też nadział się na zaklęcie koleżanki.

- Nie tędy droooga, na pewno to wieem...

- Pójdę drogą tą, choćby na kraj świata. Żaden znój czy trud nie przeraża mnie...


- A to z czego było? - Luna zmarszczyła brwi. Blaise tylko wzruszył ramionami. Luna powtórzyła jego ruch. - To może jednak pójdziemy do pani Pomfrey? - zaproponowała, przerywając arię ślizgońsko-gryfońską.

- Udało prawie się osiągnąć cel. Mówią mi że oszalałam, ja mam to gdzieś... - odparła śpiewnie Ginny, idąc w górę schodów. Uznała, że im prędzej osiągną drzwi Skrzydła Szpitalnego, tym mniej szkód będzie.

- Nadchodzi kres, niech Weasley drży, na nic błagania, na nic łzy! O, słodka zemsto, w to mi graj. LULI, LULI, LAJ! - złowieszczo zaśpiewał Malfoy, idąc za Ginny. Najwyraźniej, choć śpiew wychodził mu niezgorsza, nie podobała mu się ta rola.

- Lepiej odejdź, bo dla ciebie brak miejsca, więc gnaj stąd co tchu. Z ciebie nic nie da się zrobić tu! - Ginny odpowiedziała, rzucając za siebie wyzywające spojrzenie.

- Zachęcam do zgody, a będą nagrody, gdy spełni się to, o czym śnię. Choć się prawo obejdzie nie raz: przyjdzie czaaaas! - Blaise dopadł do nich z szerokim uśmiechem. Colin poklepał Ginny po ramieniu.

- Razem trzymajmy się, przekonasz się, że ty druha we mnie masz...

- On od początku wcieleniem był zła...

- Tej historii bieg, jak melodii ton, nieco gorzki, lecz uczy zmieniać się, popełniwszy błąd. Tak jak każda z dróg w końcu ma swój kres, jak po nocy świt ,jak w piosence rytm, Piękna z Bestią jest...!


Blaise wytężył całe swoje gardło. Zapadła cisza. Wszyscy posłali mu spojrzenie pod tytułem „przesadziłeś”. Ten tylko wyszczerzył się szeroko.

- O nie, merci! Cóż to za tupet! Tak bardzo chciałabym inaczej żyć...

- W tej sytuacji romantycznej, co będzie strach się baaaać...!


Zakończył Colin. 


oOo


Ginny leżała na łóżku, gapiąc się w baldachim. Do tej pory próbowała zrozumieć, co się stało. I do tej pory nie mogła.

Nawet napisała do Malfoya, by upewnić się, że to, co zaszło, to rzeczywiście zaszło. Chłopak odpowiedział, że owszem, ale nie chce o tym rozmawiać, gdyż jest to dla niego traumatyczne wspomnienie.

Przy okazji przekazał, że Blaise chce założyć zespół. Z Ginny zgodził się, że jest to pomysł głupi i uwagi niegodny.

Dlaczego w ogóle byłaś pod tym urokiem?


Napisał.

Były Zaklęcia. Różdżki poszły w ruch. No i coś nie wyszło.

Coś?

Wszystko.

Jesteś niepoprawna, Weasley.

Trudno zaprzeczyć.

Jeszcze trudniej znieść.

Nie przesadzajmy, było nawet śmiesznie.

Nie było.

Ładnie śpiewasz.

Zamilcz.

Nie umiesz przyjmować komplementów.

Nie umiesz milczeć, gdy trzeba.

Lubię ryzyko.

Ryzykujesz moim krwawym rewanżem.

Tak też bywa. Bez ryzyka nie ma życia.

Z ryzykiem też go nie będziesz miała.

Czyżbyś mi groził, Fretko?

Szukam sposobu na zabicie Cię Twoją brawurą.

Czyli groźba.

Czyste rozważania hipotetycznie.

I co hipotetycznie proponujesz?

Wejdziesz do jaskini lwa?

Siedzę w niej na co dzień. Wysil się bardziej.

A jaskini pełnej węży?

Węże żyją w jaskiniach?

Węże żyją wszędzie.

Gady wszędzie muszą się wcisnąć.

Weasley.

Wejdę bez problemu.

A wyjdziesz?

Z większym problemem. Do czego zmierzasz?

Mam dla Ciebie wyzwanie.

Grasz nieczysto. „Wyzwanie” dla Gryfona to jak czerwona płachta na byka.

Jestem tego świadom.

Mów.

W sobotę Ravenclaw gra z Hufflepuffem.

Prawda.

Usiądź na trybunach Slytherinu.

… chcesz mnie zabić?

Hipotetycznie.

I co z tego będę miała?

Zrezygnuję z upokorzenia Cię przed światem na wieki wieków.

Mało oferujesz.

Oferuję Ci życie. Jestem jak Bawelius Wybawiciel.

Nie wiem, kim był Bawelius Wybawiciel, ale zrobię to tylko po to, żeby odebrać Ci radość z zemsty.

Jesteś niepoprawna. Nie będziesz walczyła o swoje życie? Negocjowała?

Och, Malfoy... tyle się znamy, a Ty nadal tak naiwnie wierzysz...

Miło było Cię poznać, Weasley.

Naprawdę?

Nie.

Do zobaczenia na meczu.

Jeśli zostanie jeszcze z Ciebie coś, na co da się patrzeć...


oOo


Ze mnie naprawdę nic nie zostanie. Dlaczego ja to robię? Chyba kompletnie oszalałam. I w imię czego? Gdzie moje wartości? Gdzie ideały? Merlinie, stoczyłam się. Stoczyłam i glebę klepię.

Ginny miała wrażenie, że serce za chwilę wyskoczy z jej piersi i pogna prędko w kierunku trybun Gryffindoru. To nie było jej miejsce.

Rozejrzała się. To, że wylądowała wśród skupiska Ślizgonów, było kompletną pomyłką. Miała wrażenie, że każda twarz jest zwrócona w jej stronę i szczerzy do niej kły.

Głupi mózg, pomyślała, naciągając mocniej kapelusz i chowając brodę w zielony szal. Czuła się jak zdrajca, ale jednocześnie nie mogła nie przyznać, że w zielonym jej świetnie. Gdyby jeszcze okulary w dużych czarnych oprawkach nie spadały jej z nosa, to już w ogóle byłoby świetnie.

Pomimo, że było nieziemsko zimno, ją zalewało gorąco.

Starała się iść spokojnie, jednak trudno było zrezygnować z panicznego przedzierania się przez tłum. Próbowała wypatrzeć Malfoya na trybunach. Miała dziwne i niepokojące wrażenie, że chłopak zrobił ją w Hipogryfa i wcale nie przyszedł, zostawiając ją na pastwę gadów.

Jednak nie. Blond włosy Ślizgona mogła dostrzec z daleka. Rozmawiał o czymś żarliwie z Blaise'em.

Ginny nabrała zimnego powietrza w płuca i zaczęła przepychać się do dwóch chłopaków. Tylko czekała, aż ktoś zedrze z niej kapelusz i wrzaśnie „Weasleeey!”, a następnie wszyscy wstaną, zaczną jak mantrę powtarzać „nie jest stąd” i otoczą ją, zacieśniając krąg. Potem będzie już tylko ból i cierpienie.

Może ja rzeczywiście powinnam się leczyć, westchnęła ciężko.

Mimo ponurych przewidywań, Gryfonka szczęśliwie dotarła do celu.

- Suńcie się, siadam między wami – oznajmiła beztrosko.

Dwaj Ślizgoni poderwali głowy. Wyglądali na szczerze zdziwionych.

- Przyszłaś – powiedział wolno Malfoy. Ginny spojrzała na niego z zadowoleniem.

- No. A co miałam nie przyjść. No posuń się – trąciła jego ramię. Malfoy musiał być zbyt zdumiony, by oponować, bo automatycznie zrobił miejsce dla dziewczyny.

Gryfonka wcisnęła się między dwóch chłopaków.

- Siemasz, Blaise – rzuciła radośnie. Chłopak roześmiał się.

- No siema, Ruda, która rudość ukryła.

- Niebezpiecznie jest być tutaj rudym – wzruszyła ramionami, próbując przybrać wyluzowaną pozę.

- I zaczynasz podłapywać dobry gust – stwierdził Malfoy, łapiąc za krawędź szmaragdowego szalika. - Pochwalam.

- No. Ładne to. Skąd wzięłaś?

Ginny westchnęła ciężko.

- To długa historia, która jest bolesna i w pewnych momentach poniżająca, więc zachowam ją dla siebie.

Gryfonka poruszyła się niespokojnie. Dwaj chłopcy bezwiednie wpatrywali się w jej twarz, a ona zaczynała odczuwać coraz większy dyskomfort.

- Co?

- Weź ściągnij te okulary – zachichotał Blaise.

- Wyglądasz strasznie – potwierdził Malfoy. Ginny żachnęła się.

- Sami wyglądacie strasznie. Ja dziś jestem olśniewająca – rzekła, wyciągając nogi przed siebie i obejmując rękoma ramiona dwóch Ślizgonów. Blaise nadal tkwił w rozbawieniu, Malfoy zesztywniał.

Jednak Ginny nie byłaby Ginny, gdyby nie zachwiała się i nie poleciała do tyłu, nie mając oparcia.

Malfoy i Blaise automatycznie przytrzymali dziewczynę, ratując ją przed haniebnym upadkiem.

- Widać, żeś nie stąd – roześmiał się Blaise. Ginny poprawiła okulary na nosie i odchrząknęła.

- I najlepszym się zdarza – wymamrotała.

- Byłoby mi nawet ciebie trochę żal, gdyby nie to, że sama się w to wpakowałaś – powiedział Malfoy.

- Jak to ja? Ty mnie w to wpakowałeś! Sama bym w życiu nie wpadła na tak opętańczy pomysł.

- To ty zgodziłaś się na ten opętańczy pomysł. Trochę rozsądku i grzałabyś ławkę po stronie Gryffindoru.

- Ej, ej, jestem tu specjalnie dla ciebie, więc powinieneś to docenić, wyrażając swoją dozgonną wdzięczność. Dzięki mnie twoja egzystencja nabrała sensu, przynajmniej na czas tego meczu.

Malfoy uniósł brew.

- No cóż, Weasley, skoro tak ujmujesz sprawę – Ślizgon wyciągnął ramię i objął mocno Gryfonkę. Ginny natychmiast zesztywniała, otwierając szerzej oczy. W tak zimny, przedostatni weekend listopada miło było mieć kogoś ciepłego do ogrzania, ale niekoniecznie podobał jej się ten „ktoś”. - To czuję się zobowiązany do pełnego poświęcenia uwagi twojej osobie. Cieszysz się? - zapytał, nachylając się blisko jej ucha.

Gryfonka poczuła zapach mięty.

Zastanawiała się, jaki chłopak ma w tym cel i czy dobrze się bawi.

- Ludzie się gapią – powiedziała cicho. Choć nie widziała twarzy chłopaka, mogła poczuć, jak uśmiecha się swoim sarkastycznym uśmiechem.

- Niech się gapią. A jutro – wymruczał jej do ucha, - cały Hogwart będzie huczał od plotek: Draco Malfoy, bożyszcze tłumów, w towarzystwie tajemniczej dziewczyny, której tożsamości nikt nie zna. Podobno planują wspólnie uciec od społeczeństwa, wzywani przez zew natury, i zamieszkać w dzikiej puszczy, za towarzystwo mając tylko siebie, ogień ich miłości i dzikiego psa, imieniem Frollo.

Ginny roześmiała się.

- Chciałbyś mieć psa Frolla? - zapytała ze śmiechem i odwróciła głowę. Nie spodziewała się, że twarz Ślizgona będzie tak blisko. Niemal zetknęli się nosami. Natychmiast napotkała jego stalowe spojrzenie. Uśmiechał się lekko. Wstrzymała oddech.

- Rasenberry właśnie sfaulował Ricksa, a wy nic? Ani krzyku, ani bulwersu? - powiedział głośno Blaise, szturchając Ginny w ramię. Natychmiast obydwoje odsunęli się i wyprostowali w siedzeniach. Nawet nie zauważyli, kiedy gra się rozpoczęła.

- Taki faul, to nie faul – powiedziała Ginny, skupiając uwagę na zamieszaniu wokół cierpiącego zawodnika.

- Tak. Bez krwi to żaden faul – zawtórował Malfoy.

- Żeby jeszcze miał jakąś kość złamaną – dodała.

- Delikatni ci Krukoni – westchnął.

Blaise pokręcił głową.

- Jesteście okropni.

- Ty, Blaise, do niedawna sądziłeś, że Transylwanka to taki taniec, więc milcz, bo się nie znasz – oznajmił Malfoy z wyrazem dezaprobaty na twarzy.

Ginny spojrzała z rozbawieniem na Blaise'a.

- Naprawdę? - parsknęła śmiechem. Blaise obruszył się, przybierając obrażoną minę.

- Mam ciekawsze zainteresowania niż Quidditch.

Ginny spojrzała na Malfoya ze zmarszczonymi brwiami.

- A mówiłeś, że to ja jestem niepoprawna.

- Bo jesteś. Ale on nie lepszy.

Gryfonka ponownie spojrzała na boisko.

- Ej, zobacz, robią dubla!

- Niech robią, nie uda im się – powiedział beznamiętnie Malfoy.

- A może?

- Nie.

Przez publiczność przeszedł jęk zawodu.

- No rzeczywiście nie. O, patrz. Przyłożył mu w nos. Nieźle mu przyłożył. Będzie ślad.

- Krew została przelana. Może wreszcie zacznie się coś dziać.

- Nigdy więcej nie idę z wami na mecz – ogłosił Blaise.

- I nikt cię nie prosi – odparł Malfoy, skupiając wzrok na boisku. Ginny spojrzała na niego, zmarszczyła brwi, wzruszyła ramionami i wróciła do oglądania.

Zdecydowanie to był jeden z najciekawiej spędzonych meczy w jej szkolnej karierze.


oOo


Ginny dziarsko zmierzała w stronę starej sali od transmutacji, przyozdobiona w klubowy szalik, którym dumnie oznajmiała, kogo popiera.

Zastanawiała się jeszcze nad koszulką z napisem „Harpie rządzą”, ale uznała, że piękno tkwi w subtelności. Poza tym, im mniej Malfoy miał powodów do wyśmiania jej, tym lepiej.

Gdyby nie wiedziała lepiej, mogłaby uznać, że spotkanie jest przyjacielską sesją Quidditcha. Jednakże Ginny wiedziała, że w rzeczywistości zmierza na wojnę o honor.

I właśnie z takim postanowieniem wmaszerowała do sali. Ze zdziwieniem odkryła, że pomieszczenie jest wypełnione ludźmi. Różne domy, różne barwy. Wypatrzyła Malfoya, który nonszalancko siedział na jednej z ławek, dyskutując z nieznanym jej chłopakiem i dziewczyną.

Gryfonka zawahała się, czy podejść, czy poczekać spokojnie w kącie, aż Ślizgon ją zobaczy i sam się do niej ruszy. Opcja była kusząca, a kąt wydawał się bardzo przytulny. Idealny, by wtopić się w tłum rozbawionych nastolatków.

Jednakże w tym momencie Malfoy zauważył ją i skinął głową w stronę Gryfonki. Dziewczyna z ciężkim westchnięciem ruszyła w jego stronę.

Para, z którą rozmawiał, jak na zawołanie odeszła, zajmując się swoimi sprawami.

Ciekawe, czy ćwiczą takie akcje w wolnym czasie.

- Przybyłam – oznajmiła pozornie beztrosko, usadawiając się obok niego. Z boleścią zauważyła, że jej nogi były w połowie drogi do podłogi. - Gotów na porażkę?

- Gotów tylko na zwycięstwo, Weasley – odparł, taksując ją spojrzeniem. Nie znosiła tego momentu. Czasem miała wrażenie, że przy każdym spotkaniu z Malfoyem ten na wstępie ocenia jej wygląd, od stóp zaczynając, a na rudym czubku głowy kończąc.

- Wyraz rozczarowania na twojej twarzy będzie bezcenny – rozejrzała się. - Nie sądziłam, że będzie tyle ludzi.

- Potajemnie liczyłaś na romantyczny wieczór we dwoje? - zapytał z przekornym uśmiechem. Ginny pokręciła stanowczo głową.

- Nie. Ale sądziłam, że nie będzie świadków, gdy będę cię mordować. To problematyczne.

- Skąd w tobie takie przestępcze zapędy, Weasley?

- Budzą się, gdy ciebie wyczują. To automatyczne.

- I niebezpieczne.

- Też. Kiedy zaczynamy?

- Frey ustawia radio. Niekoniecznie mu to wychodzi, ale możemy mieć złudną nadzieję.

Ginny spojrzała w stronę, którą wskazywał Ślizgon. Niebrzydki chłopak siedział przed sporych rozmiarów radiem i z pełnym skupieniem stukał różdżką raz po raz w obudowę. Jego znajomi, zgromadzeni nad jego ramionami, podrzucali mu mądre rady, które chłopak ostatecznie przyjął wybuchem i posłaniem ich do diabła.

- Gdyby nie sprowadzili takiego antyku, pewnie już byśmy słuchali transmisji – dodał Malfoy, wykrzywiając się. Ginny skinęła głową. Sama miała w domu podobnego „antyka” i wiedziała, że bez odpowiedniej dozy sprytu, wiedzy i doświadczenia radio nigdy nie odpali.

A tak się składało, że tę dozę Gryfonka posiadała. Zsunęła się z ławki i niespiesznie podeszła do chłopaka, trudzącego się nad radiem.

- Cześć – rzuciła beztrosko.

- No zaraz to zrobię – warknął, mocniej uderzywszy różdżką. Ginny wywróciła oczami.

- No i po co ta agresja? - zapytała lekko. Strudzony chłopak spojrzał na nią. Na chwilę zastygł, a następnie westchnął ciężko.

- Wybacz. Czuję presję.

- Wiem. Więc przybyłam z wybawieniem – odparła radośnie, usadawiając się na brzegu ławki. - Spróbuj od spodu, a potem postępuj zgodnie z przyszłymi instrukcjami – oznajmiła. Chłopak spojrzał na nią niepewnie, jakby rozważając wygonienie jej i przyjęcie propozycji. Wzruszył ramionami i odwrócił radio. Stuknął dwa razy w spód. Urządzenie zaczęło szumieć.

Spojrzał na nią z nadzieją.

- Jesteś moim bohaterem – wyszczerzył się.

- Jeszcze nie. Stację ustawiaj pokrętłem głośności. Nie zadawaj pytań, tylko kręć, bo kręcenia trochę będzie.

Chłopak posłusznie zajął się gałką. Kanały zmieniały się z cichym kliknięciem. Gdy wylądował na odpowiednim, nada słyszeli tylko szum.

- Prowadź dalej, o wybitna.

- Dobrze. Pozostał ostatni krok, który wymaga precyzji i doświadczenia. Gotów, by wkroczyć w ostatni krąg mocy?

Pokiwał gorliwie głową.

Ginny przybrała uroczysty wyraz twarzy i z rozmachem uderzyła pięścią w radio. Zaczęły z niego wydobywać się głosy.

Gryfonka wyszczerzyła się.

- Nie ma za co – powiedziała i z zadowoleniem powróciła do Malfoya, który przyglądał jej się ze zmarszczonymi brwiami.

- I co narobiłaś?

- Przyspieszyłam uruchomienie o jakiś rok i pół. Jesteś dumny? - uśmiechnęła się szeroko.

- Będę opowiadał o tobie moim wnukom – odparł z cichym parsknięciem.

- I już są w powietrzu! Kafla przejmuje Morgan i prze przed siebie. Arrows przystępuje do przejęcia, ale Morgan nic nie może powstrzymać, dociera do lewej obręczy-

Z radia popłynął głos spikera. Ginny i Malfoy natychmiast wyprostowali się, skupiając całą uwagę na odbiorniku. Podobnie postąpiła reszta zgromadzonych w pomieszczeniu.

- Od początku zwycięsko – powiedziała z zadowoleniem Gryfonka. Malfoy prychnął.

- Tylko baby marnują wszystkie siły na samym początku.

- Skoro mają ich nadmiar, to mogą.

- Cicho.

- I Wood broni, Harpie nie mają punktu. Kafel przejmuje Candez, ścigający Zjednoczonych. Candez powrócił do nas po kontuzji i pokazuje, na co go stać!

Z radia wydobył się przeciągły jęk ogromnej widowni.

- Iii Candez ze swoją kontuzją znowu się spotka, bo pałkarz Harpii, Amelia Strein spektakularnie zwala go z miotły. To duża strata dla Zjednoczonych na samym początku meczu. Przerwa na zmianę zawodnika. Zjednoczeni biją rekord czasowy w żądaniu przerwy.

- Renoma i nic więcej – powiedziała śpiewnie Ginny. Malfoy tylko zacisnął usta.

- Wracamy do gry! Zjednoczeni się przejęli. Kafel w rękach Sannediego, Gryffiths próbuje przejąć, zablokowana przez tłuczek Smitha. Sannedy podaje do Marksa, Marks przystępuje do ataku i... mamy pierwszą bramkę tego meczu!

Część uczniów, zebranych w sali, krzyknęła radośnie. Ginny należała do tej części, która wydała odgłos niezadowolenia. Malfoy spojrzał na nią z satysfakcją.

- Chyba nie dosłyszałem, co tam mówiłaś o „renomie i nic więcej”?

- Ślepa kura też czasem trafia na ziarno – odparła, nie patrząc na niego. Ten tylko parsknął.

- Jones wygląda na niepocieszoną. Kafel krąży. Griffiths. Arrows. Znowu Griffiths. Podaje do Morgan. Sannedy odbiera. Tłuczek. Kafel po stronie Zjednoczonych.

- Punkt! - krzyknęła Ginny, równo z jakimś chłopakiem.

- Pudło!

Dziewczyna przeklęła.

- Kupię ci ciasteczko na pocieszenie, chcesz? - zaśmiał się Malfoy. Ginny posłała mu mordercze spojrzenie.

- To dopiero początek.

I rzeczywiście, bo w ciągu następnych minut Harpie zdobyły aż trzy bramki. Malfoy milczał, gdy Ginny triumfowała.

Przestała, gdy Zjednoczeni wzięli się w garść i nie tylko zdobyli większą ilość punktów, ale też wyeliminowali z gry najlepszą ścigającą Harpii. Ku boleści Gryfonki, Malfoy nie szczędził komentarzy. Mogłaby przysiąc, że przed meczem chłopak spędził dobre parę godzin na wymyślaniu ich.

Wszyscy poderwali się z miejsc, gdy spiker oznajmił pojawienie się Znicza. Chwilę później ogłosił, że był to fałszywy alarm i że następuje przerwa.

W sali zawrzało, gdy z radia popłynął chwytliwy dżingiel, oznajmiający przerwę. Ginny odetchnęła ciężko. Ktoś otworzył okno, wpuszczając mroźne, wieczorne powietrze.

- Wygrają – oznajmiła Malfoyowi Ginny. Ten tylko wywrócił oczami.

- Słyszysz jak grają i nadal wierzysz?

- Malfoy, są na prowadzeniu. Grają dobrze, coś się uparł – skrzyżowała ręce na piersi. Chłopak zaśmiał się cicho.

- Weasley, oczywiście, że dobrze grają, ale bycie przeciwko nim i tobie jednocześnie to sprawa honorowa – powiedział, unosząc kącik ust. Ginny patrzyła na niego przez chwilę.

- Jak ja cię nie lubię – westchnęła ciężko i zaśmiała się.

Malfoy spojrzał na nią z dziwnym wyrazem twarzy.

- To też sprawa honorowa?

Na chwilę wstrzymała oddech i odwzajemniła spojrzenie.

- Najwyższa.

Nim zdążyli kontynuować, mecz ponownie się rozpoczął.

Chwilę później Znicz pojawił się naprawdę. Wszyscy uczniowie wstali z miejsc. Niektórzy podskakiwali. Wielu krzyczało.

Gra się zakończyła.

Znicz został złapany.

Fani Harpii wydali dziki odgłos euforii. Ginny roześmiała się radośnie, widząc ponurą twarz Malfoya. Nawet pozwoliła sobie odtańczyć mały taniec zwycięstwa. Ślizgon wywrócił oczami.

- Wy-gra-li-śmy! - zaśpiewała ze śmiechem i podskoczyła. Ktoś nieznajomy, z koszulką z logiem Harpii, przybił jej piątkę. Ktoś inny uścisnął.

Ginny z entuzjazmem dzieliła swoją radość. W pewnym momencie nawet obdarzyła uściskiem Malfoya, ku jego złości i jej jeszcze większej zabawy.

Ostatecznie nawet przegrany Ślizgon nie mógł ignorować dłużej takiej dawki radości i sam się rozchmurzył.

Gdy oświadczył, że już dość dzikusowania, wyciągnął wyszczerzoną Ginny na zewnątrz.

Pusty i cichy korytarz był oszałamiającym kontrastem po wrzącej od wiwatów sali. Przez chwilę szli w ciszy, bez większego celu.

Ginny wewnętrznie nadal podskakiwała z radości. Zwyciężyła podwójnie.

- Ej, Malfoy... - przerwała ciszę. - Wiesz co?

- Hm?

Wyszczerzyła się.

- Wygraliśmy – powiedziała śpiewnie. Malfoy wywrócił oczami.

- No to teraz mnie, Weasley, zaskoczyłaś – odpowiedział. - Choć czekaj. Tak. Ta wygrana jest zaskoczeniem. Miałaś rację. Nawet ślepej kurze-

- Och, daj spokój! - krzyknęła ze śmiechem. - Wygrały, bo są świetne. Musisz to przyznać. Taki był warunek zakładu, więc...

- Moment, moment, Weasleyku, ja się z tobą o nic nie zakładałem. Masz za mało doświadczenia, by wciskać mi takie kity – powiedział, zatrzymując się przy jednym z okien. Oparł się o ścianę, patrząc na dziewczynę z czymś w rodzaju rozbawienia.

- Liczą się dobre chęci i nieustające dążenie do celu – odparła, nie mogąc przestać się uśmiechać.

- Zachowujesz się, jakbyś była pod wpływem.

- Upajam się zwycięstwem – odparła radośnie. Malfoy zaśmiał się cicho.

- Jesteś niepoprawna.

- I to lubisz – odparła poruszając brwiami i sama oparła się o ścianę. Odetchnęła. - Było fajnie.

- Mhm.

Zapadła cisza. Euforia powoli opadała i Ginny wracała do normalności. Stali tak przez chwilę w półmroku i błogiej ciszy. Gryfonka zerknęła na Malfoya. Patrzył się przed siebie z lekko uniesioną głową.

Ginny zastanawiała się, co mu się tłucze pod blond czupryną.

Wyglądał ludzko i dziewczyna najbardziej lubiła te momenty. Malfoy nie będący Malfoyem był całkiem przyzwoity. Z poluzowanym krawatem i bez szkolnej szaty wyglądał jak każdy inny, względnie sympatyczny uczeń. Względnie sympatyczny i względnie mocno przystojny.

Pokręciła głową. No i, mózgu, właśnie dlatego tak rzadko wychodzimy do ludzi. Bo wtedy zaczynasz dziwnie działać.

- Weasley... – zaczął Malfoy. Ginny wzdrygnęła się, wychodząc z zamyślenia. Spojrzała na Ślizgona. Miał zmarszczone brwi i wyraźnie się nad czymś zastanawiał.

W tym momencie z korytarza obok zaczęły dobiegać podniesione, radosne głosy. Zapewne była to grupa świętujących zwycięstwo.

Rozradowani uczniowie po chwili wyłonili się zza rogu. Ginny zastanawiała się, co takiego złego zrobiła w życiu, że ją ciągle los karze.

Wśród świętujących był nie kto inny, jak Harry Potter.

Westchnęła.

- Nawet nie próbuj się odezwać – rzuciła w stronę Ślizgona. Malfoy próbował coś powiedzieć, ale Ginny mu przerwała. - Nie próbuj!

I właśnie w tym momencie Harry ich zauważył. Gryfonka z ulgą spostrzegła, że nie ma z nim Rona. Zaczynała wierzyć, że będzie żyć. Chłopak zatrzymał się i spojrzał na nią z niedowierzaniem. Jego znajomi poszli dalej. Ginny uznała, że to jej jedyna szansa na opanowanie sytuacji – póki Malfoy i Harry nie pamiętali, że powinni ze sobą walczyć.

Ginny pociągnęła Harry'ego za rękaw, odchodząc kawałek dalej. Podziękowała niebiosom, że Malfoy nie podążył za nimi.

- Świetny mecz, prawda? - powiedziała beztrosko.

- Tak, ale...

- Później możemy pogadać o tej taktyce z drugiej połowy, nie?

- No... tak, można – powiedział Harry ze zmieszaniem. - Ale Ginny... możesz mi powiedzieć-

- To długa historia, zawierająca wiele zwrotów akcji. Wszystko pod kontrolą.

- Na pewno nie potrzebujesz pomocy? Co on ci robi? - zapytał ciszej.

- Odbiera chęć do życia – odparła lekko i parsknęła. - Spokojnie, klubowe sprawy. Te pojedynki to nie był dobry pomysł – westchnęła, zastanawiając się, czy jej głos jest wystarczająco zbolały.

Harry pokręcił głową.

- Klub? Po nocy w sobotę?

- Vera bywa paskudny, o czym wszyscy już wiemy. Ale wszystko pod kontrolą – powiedziała. - Nie bądź jak Ron, przynajmniej ty – westchnęła ciężko, gdy chłopak nadal nie wyglądał na przekonanego. Harry zawahał się.

- Ale będziesz żyć? Nie przegrywasz życia?

- Ze mną nikt nie wygra, Potter – wyszczerzyła się i obejrzała się w stronę Malfoya, który nonszalancko opierał się o ścianę, patrząc przez okno. - Muszę iść, pogadamy potem, okej?

- Dobrze, ale jak coś, to krzycz – powiedział, szturchając ją w ramię. Nadal nie wyglądał na w pełni przekonanego, ale Gryfonce tyle wystarczało. Ginny uniosła kciuk w górę. Harry poszedł dalej szybkim krokiem, by dogonić znajomych.

Ginny, wypuszczając oddech, wróciła do Malfoya.

- Okazałaś asertywność szanowanemu Wybrańcowi i wytłumaczyłaś mu, żeby nie wtrącał nosa w nie swoje sprawy? - zapytał, leniwie przeciągając głoski. Ginny skinęła powoli głową.

- Asertywnie i stanowczo, bez żadnych skrupułów... powiedziałam, że robimy projekt dla Very – zacisnęła mocno usta.

Malfoy popatrzył na nią przez chwilę i roześmiał się.


oOo


- Blaise, nie – roześmiała się Ginny.

- No przykro mi, taki się urodziłem!

- Nie wierzę – roześmiała się jeszcze mocniej.

- A dlaczego cała zabawa miałaby być tylko dla was? - prychnął. Gryfonka opanowała śmiech.

- Ale tak z własnej woli?

- Nuda mnie nudzi, Gingerku – zachichotał. - Naprawdę sądziłaś, że jesteś tak dobra, żeby trafić zaklęciem mnie, Creeveya i Draco jednocześnie? Ktoś musiał się uchować.

- Przez chwilę wierzyłam w moją wspaniałość. Jak mogłeś udawać?

- Lubię śpiewać!

- Jesteś niepoprawny – zachichotała, rozsiadając się na ławce.

- O. I zaczynasz nabierać manier Dracona. Słabo, Ginewro Molly Weasley, dwóch takich nie zniosę.

- Przypominam, że to wszystko było twoim wielkim planem.

- A i prawda – stwierdził, rozciągając się. - A propos... jak wczorajszy mecz?

Ginny zdusiła uśmiech.

- Harpie wygrały.

Blaise wywrócił oczami.

- Tak, tak, to mnie obchodzi najmniej. Pytam o upojny wieczór z Draco.

- Nie wiem, czy „upojny” to dobre słowo. Raz on przyłożył mi, raz ja jemu... kibicowanie to niebezpieczna sprawa.

- Weasley.

- Zabini.

- Dalej będziesz udawać, że go nie cierpisz? - westchnął ciężko.

Rzeczony Malfoy akurat przechodził w oddali z grupą znajomych. Gryfonka utkwiła w nim spojrzenie.

- Tylko gdy będzie to sprawa honorowa – uśmiechnęła się lekko.

Lubię, ale nikomu nie mówcie.


wtorek, 26 stycznia 2016

Duże dzieci, duży kłopot

Notka ode mnie tym razem na samym końcu, więc najpierw czytanie, potem moje przynudzanie! 
Nowe osóbki proszę o kliknięcie w ankietę o tam ----->
Dobrej zabawy! 
Zapraszam :D



- Dzień dobry, dobry człowieku! - Ginny krzyknęła radośnie, klepiąc na powitanie ramię Harry'ego. Chłopak spojrzał na nią zaspanym wzrokiem.

- Nie za wcześnie na tyle dobroci? - ziewnął przeciągle, mrugając intensywnie, by pozbyć się sennej mgiełki, zasnuwającej jego zielone oczy.

- Porządny Gryfon zawsze z odwagą i dobrocią na warcie – odpowiedziała dziarsko dziewczyna, naciągając kołnierz swetra pod brodę. Listopadowy chłód dawał już znać, że pora na odświeżenie ocieplających zaklęć i wygrzebanie zimowych szat.

- My jesteśmy odważni i szlachetni, dobroć to działka Puchonów – odparł sennie Harry, próbując powrócić do życia. Bycie entuzjastą podczas porannych treningów było zazwyczaj jego rolą i teraz czuł się zbity z tropu.

- To nic, Puchoni są mili, podzielą się z nami kawałkiem terytorium, na pewno.

- Gin, wszystko w porządku?

- A co?

- Bo jesteś taka… - chłopak zmarszczył brwi, przeczesując włosy dłonią.

- Obrzydliwie radosna? Tak, wiem – westchnęła rudowłosa. - I nie mam pojęcia, co zaszło. Chyba coś było nie tak z moją poranną kawą.

- Nie pijesz porannej kawy. W ogóle nie pijesz kawy.

- Też prawda. W takim razie nie mam wytłumaczenia.

W rzeczywistości wytłumaczenie istniało, jednakże Ginny wolała go nie rozważać. Dyplomatyczne przemilczenie wydawało się rozsądnym rozwiązaniem. Bo gdyby zaczęła je rozważać, mogłaby dojść do bardzo niebezpiecznych wniosków.

A istniało spore prawdopodobieństwo, że za dobry humor rudowłosej dziewczyny odpowiadał pewien blondyn ze Slytherinu.

Ginny wpatrywała się bezwiednie w niebieską linię, narysowaną wzdłuż żyły, biegnącej po wewnętrznej stronie jej przedramienia. Gryfonka ściskała przyjemnie chłodną dłoń Malfoya, na którego ręce także ciągnęła się podobna linia. Można było odnieść wrażenie, że ich dwie kreski są w rzeczywistości jedną, połączoną.

Gryfonka miała wrażenie, że właśnie podpisuje pakt z diabłem.

„Głupi Vera i jego głupie pomysły”, pomyślała, zastanawiając się, po co w ogóle przyszła na spotkanie Klubu.

- I powtórzę znowu: krew to życie. Jest dla was najcenniejsza. A teraz jesteście nią połączeni – mówił Vera.

Ginny spojrzała ukradkiem na twarz Malfoya, zastanawiając się, jak zareaguje na metaforyczne dzielenie z nią krwi. Chłopak wpatrywał się w jej twarz. Kącik jego ust zadrgał, gdy napotkał spojrzenie Gryfonki. Ginny odetchnęła głęboko.

- Wiecie, czym się kończy przerwanie żyły, prawda?

- Wykrwawieniem i w następstwie śmiercią – odpowiedziała jedna z uczennic.

Vera pokiwał głową.

- Śmiercią. Więc kiedy przerwiecie tę więź – pary mimowolnie spojrzały na swoje złączone dłonie, gdzie linie się spajały, - to doprowadzicie do tragedii. Waszej i waszego partnera.

- Metaforycznie.

- Metaforycznie – potwierdził Vera, uśmiechając się jednym z tych uśmiechów, które przyprawiają o dreszcze. - Taka jest idea zespołu. Złączył was przypadek i do was należy utrzymanie więzi.

- Tylko po co? Koniec siódmej klasy i mówimy sobie do widzenia.

Vera spojrzał lodowato na chłopaka.

- Próbuję nauczyć dzisiejszą samolubną młodzież współpracy, a że lubię utrudniać ludziom życie, robię to właśnie tak – klasnął w dłonie. - Rozdzielamy się i zaczynamy praktykę. Czas na trochę bólu – zachichotał, a wszyscy zadrżeli.

Ginny z ulgą zaczęła wysuwać dłoń z uścisku Malfoya, jednak ten ją powstrzymał.

- Czekaj – syknął. Ginny zamarła.

- Co? - zapytała cicho.

Malfoy spojrzał na nią z powagą i nachylił się, jakby chciał zdradzić sekret.

- Nie chcę umierać, chyba nie możemy się rozłączyć.

Gryfonka zamrugała kilka razy i roześmiała się.

- Giń, Malfoy – parsknęła, puszczając jego rękę.

- I wzajemnie, Weasley – odpowiedział unosząc brwi.

- Do zobaczenia w piekle.

- Może cię tam kiedyś odwiedzę.

- A gdzie ty zmierzasz?

- Wśród anioły. Masz wątpliwości?

- W żadnym razie.

- I bardzo dobrze.

Pierwsze zajęcia praktyczne polegały na pojedynkowaniu. Po prostu. W parach. Dla wprawy.

Ginny nigdy by nie pomyślała, że obrzucanie się zaklęciami może sprawić aż tyle radości. Zazwyczaj ludzie nie dzielili jej pasji do krzywdzenia siebie nawzajem. Malfoy zdawał się podzielać poglądy Gryfonki, bo atakował z równym jej entuzjazmem.

Gdy późnym wieczorem już kładła się spać, na jej ręce nadal widniał blady ślad po niebieskiej linii. Ginny zasnęła z uśmiechem na ustach.


Dziewczyna uśmiechnęła się lekko na wspomnienie poprzedniego dnia.

- Weasley!

Ginny poczuła mocne uderzenie w bok i po chwili leżała na ziemi.

- Niefajnie – jęknęła, gramoląc się z trawy.

- Żyjesz? - zapytał Harry, podchodząc szybko.

- Staram się – odpowiedziała, otrzepując szaty z ziemi.

- To był najgłupszy sposób na oberwanie w historii – chłopak zmarszczył brwi, przyglądając się uważnie Gryfonce.

- Lubię bić rekordy – odpowiedziała, wyciągając ręce do góry. Coś strzyknęło w jej plecach. Skrzywiła się.

- Gin, wszystko okej?

- Aż tak źle wyglądam? – parsknęła.

- Za chwilę gramy pierwszy mecz, a ty w ogóle nie jesteś w formie – powiedział z lekkim wyrzutem. Ginny wywróciła oczami.

Harry Potter i jego troska o innych, proszę państwa.


- Dam radę. Na meczu będę błyskawicą. Przynajmniej ja, skoro moja miotła to Zmiataczka – uśmiechnęła się szeroko. - A teraz wybacz, pójdę do dormitorium i znajdę resztki mojej godności – powiedziała, wycierając twarz z ziemi. Uznała, że może sobie darować ostatnie dziesięć minut treningu.

Harry wzruszył ramionami i wrócił do zespołu.

Ginny potrząsnęła głową, wychodząc z obrębu boiska.

Muszę ogarnąć głowę. I życie. Co się w ogóle ostatnio dzieje? Gdzie się podziało to moje nudne, bezsensowne-

bum!

Po raz kolejny tego dnia Ginny pożałowała rozkojarzenia. Zamrugała, chwiejąc się lekko.

- Matko, Weasley, to się zaczyna robić uciążliwe.

Ginny spojrzała z zaskoczeniem na Draco Malfoya, na którego przed chwilą wpadła. Chłopak był opatulony w gruby płaszcz i wpatrywał się w Gryfonkę z zirytowaniem.

Dziewczyna nadęła policzki.

- Malfoy, co ty tutaj robisz?

- Zażywam orzeźwiającego spaceru – odpowiedział zdawkowo. W tym momencie owiał ich lodowaty podmuch, jakby chcąc powiedzieć „nikt normalny w taki dzień i o takiej porze dobrowolnie z zamku nie wyjdzie”.

- I przy okazji słuchasz śpiewu ptaków, obserwujesz chmurki na niebie i naszą drużynę podczas treningu, co? - skrzyżowała ramiona.

- Uwierz, nawet chmurki mają więcej gracji na niebie niż wy. Nie ma na co patrzeć.

- I dlatego co każdy trening nas podglądasz? - zmrużyła oczy.

- Nie bądź niemądra. Nie jestem masochistą – uśmiechnął się przekornie. - Co drugi – parsknął.

Ginny uderzyła go lekko w ramię.

- Obraziłabym się, ale trochę cię rozumiem. Ze strachu ludzie robią różne rzeczy.

- Strachu?

- Przed pewną porażką. Trochę mi was szkoda. To znaczy… wcale mi nie szkoda, ale możemy udawać, że tak jest – uśmiechnęła się krzywo.

Te jego uśmiechy są przydatne.

- Weasley, jesteście jak malutkie muszki na wietrze. Trochę uciążliwe, tak, denerwujące, owszem, czasem bawiące głupotą, jak najbardziej, ale w żadnym przypadku przerażające. Boisz się much?

- Ty z pewnością będziesz się bał, gdy polegniecie w następnym meczu.

- Nie wiem, czy słyszałaś, Weasley, ale grafik zakłada, że my zwyciężymy – powiedział, mrużąc oczy.

- Ktoś was musiał paskudnie okłamać, Malfoy. Macie lipny grafik.

- Możecie nawet się nie pojawiać na boisku, Weasley.

- A nawet wtedy byście mieli problem z wygraniem – odpowiedziała, unosząc głowę. Malfoy spojrzał na nią uważnie i po chwili skinął głową.

- Niezłe.

- A dziękuję, wyrabiam się – odpowiedziała z uśmiechem. Ślizgon pokręcił głową.

- Jakkolwiek perspektywa Gryfona z ciętą ripostą jest niepokojąca, masz moją aprobatę.

Ginny przyłożyła rękę do serca.

- Urodziłam się, by usłyszeć te słowa – powiedziała uroczyście i zaśmiała się. Malfoy włożył ręce do kieszeni, uśmiechając się lekko.

- A także, by przegrać w następnym meczu – uniósł znacząco brwi.

- Sądziłam, że tę sprawę już sobie wyjaśniliśmy.

- Ależ skąd. Po prostu ustąpiłem ci pola, byś mogła przez chwilę wierzyć, że macie szansę.

- Mamy więcej niż szansę – prychnęła.

- Jesteś uroczo naiwna, Weasleyku – zaśmiał się Malfoy i poklepał dziewczynę po głowie. Ginny ze złością odtrąciła jego rękę.

- Zapraszam na lekcję przegrywania, panie Malfoy.

- Czujesz się ekspertem w tej dziedzinie?

- Coraz bardziej obniżasz swoje szanse na wyjście z boiska w jednym kawałku.

- A to już podchodzi pod groźbę – powiedział i obrócił się, by ruszyć w stronę zamku. Ginny ruszyła za nim.

- Bardziej ostrzeżenie.

- Jak miłosiernie.

- Mama mnie uczyła, by być miłym dla słabszych.

- Pozdrów mamę.

- Nie omieszkam.

Szli przez chwilę w ciszy. Wiatr przybierał na sile i Ginny miała nadzieję, że dotrą do zamku, zanim zamieni się w sopel lodu.

- Drżysz tak na myśl o przegranej? - parsknął Malfoy.

- To bardziej dreszcz ekscytacji na myśl o zwycięstwie.

- Przynajmniej w myślach możesz na nie liczyć.

- Znów zaczynasz?

- Próbuję rozwiać twoje złudzenia.

- A może ja lubię moje złudzenia?

- To z kolei kwalifikuje się do leczenia.

- Jesteś bardzo niemiły.

- Ale Weasley, jak mam być miły, skoro wygadujesz takie bzdury? - zatrzymał się tuż przed wejściem.

- Realnie oceniam sytuację.

- Chyba inaczej pojmujemy realność.

- Twoja realność jest jakaś nierealna.

- Jesteś niepoprawna, Weasley.

- To nie zaszkodzi w naszym zwycięstwie.

- Bardzo nierealnym.

- Wracamy do punktu wyjścia?

- A gdzieś się ruszaliśmy?

Obydwoje wkroczyli do zamku.

- Dobrze, Weasley, poćwiczcie jeszcze trochę, to może pozwolimy wam zdobyć jakiś punkt – powiedział, odwracając się w kierunku lochów.

- A idź sobie, Malfoy – burknęła Ginny.

- Z przyjemnością. Bywaj, Weasleyku – powiedział, salutując jej niedbale i ruszył w przeciwnym kierunku.

- Wygramy! - Ginny krzyknęła za nim.

- Oczywiście! - odkrzyknął, znikając za zakrętem.

Ginny prychnęła i poważnie rozważyła powrót na boisko i przymuszenie drużyny do dodatkowej godziny treningu.

Najbliższy mecz ze Slytherinem stał się sprawą honoru.



oOo


- Lepiej nie jedz za dużo teraz, bo niedługo najesz się wystarczająco wstydu – powiedziała butnie.

- Też lepiej nie jedz za dużo, bo kalorie nie są litościwe.

Ginny wciągnęła ostro powietrze.

- Przepraszaj! - powiedziała, celując palcem w pierś chłopaka.

- Przeproszę, gdy przyznasz, że nie macie szans na wygraną – syknął Ślizgon, nachylając się ku niej.

- Lataj z tłuczkami, Malfoy – prychnęła.

- A ty lepiej nie lataj, jeszcze komuś krzywda się stanie.

- Prawdopodobnie tobie.

- I po co ta agresja, Weasley? - powiedział, prostując się.

- Nie prowokuj, to nie będę agresywna.

- A ty się nie daj prowokować, naprawdę, Weasley, jesteś za łatwym celem.

- Zdecydowanie nie.

- Zdecydowanie tak. Udowodnić ci to na boisku?

- Panuję nad sobą – burknęła, krzyżując ręce.

- Jak byk przy czerwonej płachcie – zachichotał Malfoy. Ginny posłała mu ponure spojrzenie.

- Najpierw wytykasz wagę, a potem przyrównujesz do byka. Balansujesz nad przepaścią i zaraz zlecisz. Samobójca.

- I nie podasz mi ręki, Weasleyku? – sapnął chłopak, przykładając dłoń do piersi.

- Jeszcze ci pomacham na do widzenia, gdy będziesz spadał.

- W takim razie z jeszcze większą rozkoszą rozgromię cię na boisku.

Ginny warknęła, łapiąc się za głowę. Nie miała pojęcia, jak to się stało, że następnego dnia, ledwo śniadanie się skończyło, ponownie wrócili do kwestii meczu. Miała dziwne wrażenie, że Malfoy wręcz czekał na nią nieopodal drzwi Wielkiej Sali z docinkiem układanym przez całą noc.

- Czy ty nie odpuszczasz?- sapnęła z frustracją. Malfoy uśmiechnął się przekornie.

- Ośmieliłaś się naruszyć moje ego. A mojego ego się nie rusza.

- Ale ono jest takie duże, że nie da się na nie nie wpaść! - jęknęła przeciągle. Malfoy zmarszczył brwi, patrząc na nią spod łba.

- Humor zostaw mnie, Weasleyku, bo tobie nie idzie.

- Jesteś tak samo słaby, jak ja, Malfoy, dlatego się potrzebujemy – parsknęła.

- Tak mówisz? - uniósł brew.

- Tak. Bo jak złożymy te żałosne resztki mojego humoru i ochłapy twojego, to czasem wyjdzie nam jakiś przyzwoity żart.

- Bardziej śmiech przez łzy.

- Też prawda. Definicja mojego życia, nie wiem, jak u ciebie – parsknęła. Malfoy spojrzał na nią z rozbawieniem.

- Nie masz o sobie zbyt wysokiego mniemania, prawda?

- W rzeczywistości mam. Ale ludzie o tym nie wiedzą, więc uważają mnie za idiotę. Mylnie. A kiedy przyjdzie czas, nawet nie będą wiedzieli, skąd oberwali – uśmiechnęła się złowieszczo. Malfoy zaśmiał się cicho.

- Jesteś niepoprawna.

- Tak, o tym już wspomi… - Ginny urwała w połowie zdania, patrząc z szokiem na punkt powyżej ramienia Malfoya.

- Aż ci słów zbrakło, Weasley?

- Charlie!!! - Ginny krzyknęła głośno i z podskokiem ruszyła biegiem w stronę wysokiego, rudowłosego mężczyzny, który odwrócił się na dźwięk swojego imienia. Gryfonka rzuciła się na szyję swojego brata, a ten uściskał ją mocno.

Aż za mocno.

- Ej, brat, ja lubię moje żebra – sapnęła, czując, że rodzinna miłość odbiera jej dech. Charlie roześmiał się głośno.

- Jedno żebro w tę czy w tamtą, czy to jakaś różnica? - wzruszył ramionami.

- Lepiej mieć niż nie mieć – powiedziała i uśmiechnęła się tak szeroko, jak tylko się dało. - Co ty tutaj robisz? - zapytała, lekko podskakując z radości.

- Spokojnie, piłeczko – parsknął młody mężczyzna, kładąc ręce na ramionach Ginny, by przytrzymać ją w miejscu, - nie wiesz? Twój wspaniały brat został doceniony i przyjęty na stanowisko nauczyciela w prestiżowej szkole magii i-

- Będziesz tutaj uczył?! - krzyknęła z niedowierzaniem. - Czego?

- Jak to, masz wątpliwości? Oczywiście, że eliksirów – wyszczerzył się.

- Sądzę, że prędzej wysadziliby zamek w powietrze niż przyjęli cię na tę pozycję.

- I prawdę mówiąc na jedno by wyszło – parsknął. - Jestem waszym nowym nauczycielem Opieki Nad Magicznymi Stworzeniami. Od dziś zwracasz się do mnie profesorze, a w wakacje robisz mi kawę i kanapki.

- Nie jesteś profesorem, jesteś Charlie – zaśmiała się.

- Twoja wiara we mnie jest powalająca.

Ginny tylko poszerzyła swój uśmiech.

- Na długo tu jesteś?

- To zależy, czy uczniowie mnie polubią.

- Na bardzo długo! - krzyknęła z radością.

oOo

- To się nie uda

- To się musi udać.

- Myślisz, że to bezpieczne?

- Na wszelki wypadek napiszmy nasze listy pożegnalne.

- I testamenty.

- Masz co zapisać w testamencie?

- Okej. Listy pożegnalne wystarczą.

Ginny i Charlie jednocześnie westchnęli. Choć próbowali pojąć, nie mogli. Nawet przy usilnych staraniach nie byli w stanie zrozumieć, jak Hagridowi udało się doprowadzić jego chatkę do składowiska, jakim się stała. Od suszonych roślin przez dziurawe donice po wyszczerbione klatki. W małym domku można było znaleźć wszystko, tylko nie porządek.

- Może jednak weźmiesz jakąś kwaterę w zamku? - zapytała niepewnie Ginny.

- Nie będę latał codziennie z zamku do Zakazanego Lasu. No i – skrzywił się, - Hagrid się ucieszył, że może pomóc. Tak jakby – podrapał się w głowę, ostrożnie dotykając dziwnej kuli, wiszącej przy drzwiach. Ginny mogłaby przysiąc, że kula warknęła.

- Myślisz, że zamieszkanie tu jest bezpieczne?

- Żywcem mnie nie wezmą! - oświadczył głośno, prostując się. - A teraz, siostra, łap za miotłę i zasuwamy. Sprzątniemy ten syf.

- Czekaj, przypomnij mi, dlaczego się na to zgodziłam?

- Bo jesteśmy rodziną, a rodzina sobie pomaga?

- Bzdura.

Charlie westchnął głośno.

- Płacę ci pół Galeona za godzinę.

- Dokładnie tak – wyszczerzyła się i uniosła wojowniczo miotłę. - Zapewniłeś sobie najlepszy serwis z możliwych– oznajmiła.

- Przez który zbankrutuję – jęknął, podchodząc do sterty przedmiotów, rzuconych w kąt.

- Się wymaga, to się płaci – wzruszyła ramionami i dołączyła do brata, który zaczął rozgarniać masę rupieci. Zapewne, kiedy Hagrid zaproponował odstąpienie chatki, chłopak nie wziął pod uwagi trybu życia brodacza i wyzwania, jakie to za sobą ciągnie.

- Od czego zaczynamy?

- Posegregujemy to wszystko, wywalimy, co do wywalenia i potem się zobaczy – Charlie zmarszczył brwi. - Uważaj, żeby cię nic nie pogryzło.

Ginny odsunęła się od podejrzanie wyglądającego, wypchanego wora.

- Może powinniśmy zapewnić sobie jakieś wsparcie?

- Tak właściwie... to ty miałaś być moim wsparciem.

- Moment, a kto wesprze mnie? - jęknęła, próbując wyciągnąć długi, metalowy drąg ze sterty. Coś chrupnęło i część konstrukcji zachwiała się. Część przedmiotów spadła pod nogi dziewczyny, która odskoczyła z piskiem.

- Wiesz, sądziłem, że skoro szkolisz się na Aurora, to nic ci nie straszne – parsknął, odrzucając z grymasem na twarzy coś włochatego.

- Co? Kto się szkoli na aurora? Ja się szkolę na aurora? Wszystko u ciebie w porządku pod czupryną, bracie?

- To o co chodzi z tym Klubem i resztą?

Ginny westchnęła ciężko.

- Chodzi o to, że jestem głupia i zawsze pakuję się tam, gdzie nie trzeba.

- Widać, że jesteś nasza – parsknął i pogładził ją po ramieniu. Ginny posłała mu ponure spojrzenie.

- Miałeś ubabraną rękę, prawda? - burknęła. Charlie uśmiechnął się szeroko.

- Nie wiem, co to było, ale się lepiło.

Gryfonka wydęła policzki i ze złością rzuciła brudną szmatą w brata. Ten zrobił zręczny unik.

- Słabo. Czego cię w tym Klubie uczą? - zaśmiał się. Ginny skrzyżowała ręce na piersi.

- Do tej pory nauczyłam się, że mój nauczyciel od Obrony to psychopata, żeby nie wchodzić do ciemnego lasu w Halloween i że Draco Malfoy krzyczy jak mała dziewczynka.

- Sprawiłaś, że Draco Malfoy krzyczał jak dziewczynka? - parsknął Charlie. Ginny westchnęła ciężko.

- Nie. Zrobił to nasz psychopatyczny nauczyciel. Ja w tym czasie darłam się razem z nim. I tu wchodzi element ciemnego lasu – zmarszczyła brwi. - To były skomplikowane trzy miesiące.

- Możesz umilić nam czas swoją historią, gdy będziemy forsowali ten bajzel. Ruchy, siostra, ja tu dzisiaj będę spał. I się trochę boję.

- Tak właściwie, to się zaczęło od tego, że wyłożyłam się przez niezawiązane sznurówki. Pierwszego dnia. W pociągu. Potem już było tylko gorzej.

Przez następne godziny Ginny na przemian opowiadała o swoich ekscesach i walczyła o życie z pozostawionym po Hagridzie arsenałem. Charlie także dzielnie dotrzymywał jej kroku, zarówno w rozmowie, jak i w boju.

Charlie zawsze był tym bratem, z którym Ginny rozmawiała najchętniej. Taki brat od dobrych rad. Zazwyczaj się sprawdzał. Miał na koncie kilka pomyłek, które Ginny przypłaciła siniakami, pieniędzmi i hańbą, jednak złotych pomysłów w jego karierze było więcej.

Poza tym, między zeskrobywaniem z podłogi ruszającej się mazi a tarzaniem się wśród dziwnych przedmiotów, Ginny doszła co wniosku, że od jakiegoś czasu nie ma pojęcia, co się w jej życiu dzieje. Była bliska powiedzeniu, że się pogubiła i musi odnaleźć swoją drogę, ale uznała, że brzmi to kiczowato i prawdopodobnie przeczytała to w jednym z romansideł mamy, do których dotknięcia w życiu dobrowolnie by się nie przyznała.

Powiedziała więc tylko „Hipogryf to kopał” i sama wyżyła się kopniakiem na niewinnym wiadrze. Wiadro było pełne pomyj. Gdy Ginny wylewała wodę z buta, ostatecznie kończąc swoją opowieść, Charlie, śmiejąc się, zapytał mimochodem, czy Gryfonka przypadkiem nie zaczyna za bardzo lubić tego Malfoya, bo jeśli tak, to niech pamięta, że on chętnie przejmie jej część majątku, gdy rodzina ją wydziedziczy.

Ginny, reagując z gracją typową dla siebie, rzuciła mokrym butem w brata, pytając, czy w ogóle jej słuchał.

Obruszony Charlie wzruszył ramionami i wrócił do szorowania.

Wcale nie lubię. Gdybym lubiła, to bym już dawno leżała roztrzaskana pod wieżą astronomiczną. Nie ma głupich. Lepiej skoczyć niż się tak stoczyć.

No dobrze. Poprawka. To nie tak, że lubię, ale też nie nie lubię. Bywa przyzwoitą fretką. Ma swoje plusy.

Gdyby te plusy nie nakładały się na siebie, tworząc minusy, to już w ogóle byłoby świetnie.

To nie miało najmniejszego sensu. Może jednak wrócę na Numerologię.

Nie. To już chyba wolę lubić Malfoya. Z dwojga złego lepiej w tę stronę.

Nie to, że go lubię.

No bo nie lubię.

Może czasem lubię, ale na trzeźwo tego nie przyznam.

Lubię z przymusu. Ha! Tak. To jest świetne wytłumaczenie, to wszyscy kupią, nawet ja. Lubię, bo muszę, a gdybym nie musiała, to bym nie lubiła.

Ale tak wyszło, że muszę.


- Charlie, detergent chyba dostał mi się do mózgu – jęknęła Ginny. - Przestaje działać.

Jej brat westchnął ciężko i pokręcił głową.

- I sądzisz, że dopiero teraz?

- Nie. Chyba tak gdzieś od zawsze.

- I co z tym zrobisz?

- Poddam się mojemu marnemu losowi i popłynę z prądem nieszczęść?

- Albo po prostu porządnie się wyczyść. Zakurzone rzeczy czasem przestają działać, a-

Charlie nie zdążył dokończyć pointy, ponieważ Ginny z impetem rzuciła się na brata. Obydwoje wpadli na stertę koców. A następnie z krzykiem uciekli poza chatkę, gdy coś pod kocami zawarczało.

- Z prądem nieszczęść – burknęła Ginny, gdy z bratem układali plan szturmu na chatkę.



oOo



Gdy wreszcie skończyli, Ginny zastanawiała się, czy kiedykolwiek zdoła się doczyścić. Miała wrażenie, że pozostanie brudna już na zawsze. Będzie zalatywała wujkiem Zacharym, który myśli, że woda kolońska świetnie zastępuje wodę i mydło.

- Nie chcę być wujkiem Zacharym – jęknęła, idąc pustym korytarzem. Wszyscy przyzwoici uczniowie byli już w swoich dormitoriach i cieszyli się wolnym wieczorem. Ginny skrupulatnie omijała spojrzeniem każdy ślad swojego odbicia. Chyba nie była jeszcze gotowa na ten widok.

- Ej, Gingerek!

Ginny obróciła się, by zobaczyć Blaise'a Zabiniego, maszerującego w jej kierunku niespiesznym krokiem. Jak to jest, że wszyscy Ślizgoni pojawiają się tam, gdzie są najmniej potrzebni? Może instaluje się im jakieś radary przy rekrutacji? „O, tam mnie nie chcą, już biegnę!”

- Dobry, Zabini – rzuciła, chowając ręce w kieszenie.

- No ja nie wiem, czy taki dobry. Widziałaś się w lustrze? - zmarszczył brwi, uważnie skanując wzrokiem całą postać dziewczyny. Ginny westchnęła ciężko.

- Starałam się tego uniknąć.

- I nie wiem, jak ci to delikatnie przekazać, Gingerku, bo zazwyczaj delikatny nie jestem, bo po co, ale dla ciebie chciałbym zrobić wyjątek, więc próbuję ci przekazać, że-

- Śmierdzę. Tak. Wiem, Zabini. Czasem w życiu trzeba trochę pośmierdzieć.

- No właśnie, cuchniesz. Ale skoro nad tym pracujesz, to pominiemy ten temat. Postaram się nie oddychać i jakoś przetrwamy – uśmiechnął się szelmowsko, krzyżując ręce na piersi.

- Ej, tak źle nie jest, nie przesadzajmy. Trochę detergentu, trochę kurzu, odrobina pajęczyn i niezidentyfikowanych substancji... nie takie rzeczy się wąchało.

- Co ty w ogóle robiłaś, Weasley?

- Odwalałam brudną robotę. Dosłownie.

- Czy chcę wnikać?

- Ani trochę nie chcesz.

- Świetnie! A więc przejdźmy do interesów, bo mam do ciebie sprawę wagi wielkiej. No więc słuchaj-

- Zabini, weź ty mnie kiedyś na kawę zaproś, a nie tylko interesy i interesy – parsknęła, szturchając go w bok. Zabini pokiwał gorliwie głową.

- Ale ja właśnie, Rudziku, do tego zmierzam. Słuchaj. Słuchasz?

- Bardzo uważnie.

- To słuchaj uważniej. Jak wiesz, nasze przedstawienie już niedługo się rozegra-

- To za kilka miesięcy.

- No właśnie! Oczami mrugniesz i już będziemy na scenie! I rozumiesz, że goli i weseli tam nie będziemy, tylko w przebraniach i mało weseli, tak?

- Drogi Zabini, jeśli tylko masz potrzebę bycia gołym i wesołym, my wszyscy ci kibicujemy i droga wolna, bez przymusu – zachichotała, opierając się o ścianę. Nie miała pojęcia, do czego Ślizgon zmierza, ale była pewna, że jej się nie spodoba. Zazwyczaj u chłopaka słowotokom towarzyszyły złe wieści.

- Zachowaj takie fantazje w swoich dzikich marzeniach, Gingerku – prychnął, choć kąciki jego ust zadrgały. - Ja bym jednak wolał opcję z przebraniem. I tu wchodzisz ty.

- Ja?

- Bo widzisz, istnieje prawdopodobieństwo, że stworzenie stroju będzie dla mnie dość problematyczne-

- Zabini, chciałeś przebrać się za Hydrę, a strój kota jest dla ciebie wyzwaniem?

- Nie bluźnij, rudzielcu, to Kot z Cheshire, nie byle mruczek. A wracając do mojego wątku, który mi bezczelnie przerwałaś-

- Postaraj się mi wybaczyć – parsknęła.

- O! Widzisz? Co za brzydka maniera. Ale nie martw się, popracujemy nad tym, wyjdziesz na ludzi. Zaraz po tym, jak pozbędziesz się swojego śmierdzącego problemu. To pierwszeństwo-

- Czep się swoich problemów, Zabini! I streszczaj się, bo pachnąca kąpiel czeka.

- Postaraj się nie zatruć całej wody w Hogwarcie. A wracając do mojego problemu-

- Oficjalnie odchodzę z pełną urazą – oznajmiła Ginny, okręcając się ostentacyjnie na pięcie. Gdy miała zrobić pierwszy krok, Zabini złapał ją za ramię.

- No już dobrze, błagam o przebaczenie. Jak już będziesz nieśmierdząca, to cię mocno uściskam na zgodę, a teraz weźże się skup wreszcie.

- Zrobię co w mojej mocy.

- Tak. No więc kostium. A jako, że o szacunek wśród kolegów Ślizgonów trzeba dbać, o pomoc ich nie poproszę-

- Bo?

- Bo szanowani ludzie nie zapraszają na poszukiwania kociego przebrania.

- Ale to przecież nie byle mruczek!

- I to też prawda. Ale to zrozumieć możesz tylko ty. Więc bądź moją opoką i wspomóż swojego biedującego kolegę w potrzebie.

- Poczekaj, próbuję przetworzyć, co się właśnie dzieje. Czy ty, Blaise Zabini, prosisz mnie, żebym pomogła ci znaleźć kostium kota?

- „Prosić” to takie nieładne słowo. Ja bym tego tak nie ujął. Uznajmy, że - zamyślił się chwilę, patrząc w sufit. - Uznajmy, że proponuję ci biznesowy wypad do Hogsmeade. Najbliższa sobota. Jestem zdesperowany, zrobię wszystko.

- Te słowa to jak podpis cyrografu – zachichotała dziewczyna. - Co mi bardzo odpowiada – uśmiechnęła się diabelnie. Po chwili zmarszczyła brwi. - A Malfoya czemu ze sobą nie weźmiesz?

- Bo Malfoy to Malfoy i Malfoy nie czuje bluesa. Stara się, ale to beznadziejny przypadek – westchnął ciężko Ślizgon, wznosząc oczy ku niebu.

- Wcale się nie stara, tylko cię odsyła z kwitkiem, a wtedy przychodzisz do mnie – roześmiała się Ginny. Zabini tylko się skrzywił.

- Trzymajmy się mojej wersji. Taką bym chciał przekazać potomnym.

- Dobrze. A skoro to interes, co z tego będę miała? - uniosła brwi, krzyżując ręce na piersi.

- Czy ty nie miałaś być szlachetnym Gryfonem?

- Wy, Ślizgoni, macie zgubny wpływ na ludzi – westchnęła teatralnie.

- I to też prawda. A czego byś chciała?

- Szczęścia, miłości i pokoju na świecie.

- Dobry deser czekoladowy nie wystarczy?

- Też przejdzie. Niech ci będzie, Zabini, to twój szczęśliwy dzień. Udało ci się.

- Tak szybko, bez problemu, bez szantażu, gry słów, ciętych ripost i negocjacji?

- Został we mnie jeszcze jakiś pierwiastek Gryfona. No i czuję, jak mnie brud pożera i chcę już iść do łazienki.

Zabini podskoczył lekko i wyszczerzył się.

- Gratuluję, Ginewro Molly Weasley, dokonałaś dziś wyboru, który z pewnością poprawi twój byt na tym padole łez. Dyplom prześlemy później.

- Mogę iść się myć?

- Idź i pozbądź się smrodu.

- Będę dla niego bezlitosna – parsknęła i pomachała Ślizgonowi na pożegnanie.

A teraz, Ginny Weasley, powiedz mi, co ty tak właściwie przed chwilą zrobiłaś? Dumna ty jesteś z siebie? Może jeszcze zamieszkasz ze Ślizgonami, skoro teraz jesteście takimi koleżkami.
Dziewczyna zmarszczyła brwi.

No dobrze. Z Zabinim mogę być koleżką. Zabini to fajny koleżka.
I tak Ginny dziarskim krokiem wmaszerowała do łazienki, wcześniej przechodząc przez tłum Gryfonów. Dyplomatycznie udawała, że nie widzi ich skrzywionych min.

Przecież każdemu zdarza się zaśmierdnąć!


oOo



Jeszcze słowo i Ci zrobię krzywdę.

I po co ta agresja, Weasleyku?

Włącza się automatycznie przy Tobie.
Przegrać z tak świetnym przeciwnikiem to nie wstyd, możesz śmiało się do tego przyznać.
Kiedy będziecie zbierali resztki swojej godności z boiska, przypomnę Ci te słowa.
Ogranicz fantazje. Im szybciej pogodzisz się z porażką, tym mniej zaboli.

- Aghrr! - krzyknęła Ginny, gdy zielone szczęki zacisnęły się na jej dłoni. - Gnij w ziemi, paskudna zielenino – warknęła, uderzając szpachelką w szyjkę rośliny.

- Panno Weasley, co pani robi, to ją rani!

- Ona zraniła mnie pierwsza – powiedziała Gryfonka, pokazując na dowód kropelki krwi, ściekające po jej dłoni. Profesor Sprout pokręciła głową i poszła dalej. Po sześciu latach nie miała nadziei na obudzenie w Ginny wrażliwości do roślin.

- One wyczuwają, że ich nie lubisz – powiedziała Luna, obserwując cierpiącą przyjaciółkę. Ginny spojrzała ponuro na blondynkę.

- Głupie, niewdzięczne stworzenie. Dotykałam dla niej smoczej kupy, a ona mnie gryzie.

Luna zachichotała, ostrożnie obrywając listki swojej roślinki. Roślinka Luny była nastawiona pokojowo, bo wydawało się, że wręcz współpracuje z Krukonką.

- To nawóz, Ginny. Nawóz brzmi dyplomatyczniej.

- Zielsko nie zasłużyło na dyplomację.

Ginny musiała uskoczyć, bo łodyga jej rośliny gwałtownie wygięła się, chapiąc małymi ząbkami.

- Mówiłam. Spróbuj powiedzieć jej coś miłego.

Ginny pokręciła głową.

- Cześć, chwaście, ładnie wyglądasz. Byłaby z ciebie piękna sałatka.

Ginny otrzymała kolejne ugryzienie, a roślina wylądowała na ziemi.

Gryfonka zapewne wyszłaby z mniejszymi obrażeniami, gdyby rzeczywiście skupiała się na tym, co robi, jednakże była zbyt zaabsorbowana kłótnią z blondynem ze Slytherinu, by martwić się tak nieważnymi sprawami jak zielarstwo czy swoje dobro. Choć nadal nie mogła uwierzyć, że dalej prowadzą tę dyskusję, nie miała zamiaru poddać się bez krwawej walki.

„I to dosłownie”, pomyślała, obmywając krew z dłoni.

Zaniemówiłaś? Moje słowa doprowadziły Cię do aż tak poważnych rozmyślań?

Ty się śmiejesz, a ja cierpię. Jestem ranna, współczuj mi!

Co zrobiłaś?
Tę głupią dyskusję okupiłam własną krwią. A Trykotki to najpaskudniejsze istoty na ziemi.

Trykotki to rośliny, Weasley.

Bardzo złośliwe, z bardzo ostrymi zębami rośliny. Czy rośliny w ogóle powinny mieć zęby? To wbrew naturze.

Dałaś się pogryźć Trykotce? Widać, że lubicie się z Longbottomem i jego beznadziejną niezdarnością.

Po jeden: Neville jest świetny z Zielarstwa. Po dwa: to zazwyczaj Ty dajesz się pogryźć roślinom.
Tak, Neville mi mówił.


Longbottom chodzi i mówi o moich incydentach z Zielarstwa?
Wszyscy o nich mówią, Malfoy. To Ci się udało osiągnąć: jesteś legendą.

Uważasz, że to jest zabawne?

Jeszcze minutę wcześniej pewnie bym się śmiała. Po bitwie z Trykotką trochę Cię rozumiem.
Te bezczelne, małe chwasty dostają więcej dobra niż zasługują. Hodujemy krwiożerczych niewdzięczników.
Powinniśmy wznieść rebelię przeciw uzębionej zieleninie. Musimy chronić kobiety i dzieci. Jednego dnia gryzą palec, drugiego pożerają Cię w całości.

Szykuj widły, poskromimy bestię.


Wyzwolimy uciśnionych!

A następnie ramię w ramię pomaszerujemy na oddział zamknięty do Świętego Munga.

Uprzedźmy ich, żeby szykowali kaftany :D

Za chwilę ja Ci krzywdę zrobię.

Wybacz :D

Idę sobie.
Ok :D

I jeszcze jedno: przegracie.
Nie wierzę, ZNOWU ZACZYNASZ?

:D

oOo

- Mniej gadania – rzuciła zaklęcie, jednocześnie robiąc unik, - więcej robienia!

- Ja po prostu – Malfoy schylił się z gracją i posłał kolejny czar, - ostrzegam!

Ginny odbiła zaklęcie i posłała jeszcze jedno od siebie.

- Co za miłosierdzie! - wydała zdławiony dźwięk, gdy jeden z czarów chłopaka wyjątkowo mocno uderzył w jej tarczę. - Czy ty nie przesadzasz? - sapnęła, wypuszczając kolejną klątwę.

- Wybacz, zapomniałem, jaka jesteś delikat-

Chłopak nie zdążył dokończyć zdania, ponieważ gwałtowne zaklęcie Ginny zwaliło go z nóg. Ślizgon usiadł, kręcąc z oszołomieniem głową. Ginny roześmiała się serdecznie.

- Wybacz, zapomniałam, że jesteś taki delikatny – parsknęła, gdy chłopak z naburmuszoną miną podnosił się z ziemi.

- Graj czysto, rudzielcu – burknął.

- Powiedział Draco Malfoy – zaśmiała się, wciąż patrząc z rozbawieniem na blondyna. Tamten uśmiechnął się krzywo.

- No właśnie. Skoro ty grasz nieczysto i ja gram nieczysto, to kto zachowa pozory?

- Przyjemnie się wam rozmawia? - znikąd pojawił się Vera, mierząc dwójkę surowym spojrzeniem. Ci z westchnięciem wrócili na stanowiska. - Weasley, więcej ofensywy, kobiety też mogą zrobić pierwszy krok. Malfoy, to nie balet. Przeciwnik w walce nie doceni zgrabnych piruetów. Ruchy.

Malfoy i Ginny spojrzeli na siebie znacząco i ponownie rozpoczęli pojedynek. Gdy wkroczyli na zajęcia, jak na umówiony sygnał, ponowili spór o zbliżający się mecz i tylko Vera miał moc wystarczającą, by zakończyć temat.

W pewnym momencie Vera przerwał ćwiczenie. Zdyszani uczniowie z ulgą przyjęli przerwę. Vera poczekał, aż wszyscy odzyskają wystarczająco siły, by móc go słuchać.

- Skoro rozgrzewkę mamy za sobą – wokół rozległ się jęk. Chyba mamy odmienny pogląd na definicję rozgrzewki, pomyślała z jękiem Ginny. Miała wrażenie, że może wręcz usłyszeć krzyk palących mięśni, - to możemy przejść do bardziej skomplikowanych rzeczy. Pojedynek w parach będziecie mieli na każdych zajęciach jako wstęp. Ale nie jest to okazja do połamania kości partnerowi, tylko do wskazania mu jego błędów. Pamiętacie? Jedna krew. Lepszy partner, lepsi wy i dalsze bzdety. Jednak waszym celem jest nauka walki zespołowej. Trudne, ale wykonalne. Przede wszystkim potrzebujecie wyczucia. Na razie zachowujecie się jak smoki w składzie porcelany, ale ja z was zrobię baletnice-

- To w końcu z baletem czy bez? - Malfoy szepnął do ucha Ginny. Dziewczyna z trudem wstrzymała parsknięcie.

- Nauczycie się też kilku sztuczek. Na pokazach walk często można zobaczyć spektakularne fikołki, olśniewające piruety i dalsze bzdury, których wy robić nie będziecie, bo nie ma po co. Jednakże wśród całego tego szmelcu można znaleźć złotą monetę i te złote monety dostaniecie. Jeśli zarobicie. Jako przykład dziś poćwiczymy pewną przydatną sztuczkę, otóż-

Vera postanowił zademonstrować „trik”, mający pomóc parze w walce. Tym razem na przymusowego ochotnika nie poszła ani Ginny ani Draco, co przyjęli z błogą ulgą. Ulga się skończyła, gdy rozpoczęły się ćwiczenia, a oni nie wiedzieli, co ze sobą zrobić.

- Złapać za rękę, okręcić, przyciągnąć, rzucasz zaklęcie za plecy partnera, partner za twoje – wymruczała po raz kolejny Ginny pod nosem. - To głupie. Po co się tak bawić?

- Weasley, czy ty w ogóle słuchałaś? - Malfoy zmarszczył brwi.

- Istnieje możliwość, że na chwilkę wyłączyło mi się skupienie – uśmiechnęła się niezręcznie. Ślizgon pokręcił głową.

- Jeśli para jest otoczona, każdy zajmuje się swoimi przeciwnikami. Ale jeśli za twoimi plecami ktoś cię atakuje, a ty tego nie widzisz, wtedy ja, jeśli zauważę, stosuję ten trik i wtedy ja ratuję twoje plecy, a ty mój przód, który porzuciłem na rzecz ratowania twojego nieporęcznego tyłka.

- Sam jesteś nieporęczny tyłek.

- Nie mogłaś się powstrzymać, prawda? - westchnął.

- Nie – Ginny wyszczerzyła zęby w uśmiechu i przeciągnęła się. - To zaczynamy.

- Hm. Spróbujmy na razie w zwolnionym tempie. Podaj mi dłoń.

- Którą?

- Czy to ma znaczenie?

- Nie wiem, nie znam się, a jeśli ma, a my nie wiemy i zepsujemy, to co wtedy?

- Zginiesz marnie, strata niewielka, daj tą dłoń.

- No okej – mruknęła pod nosem i wyciągnęła rękę w stronę Ślizgona. Ten złapał ją pewnie i przyjrzał się uważnie.

- Teraz ja przyciągam cię, jednocześnie wprawiając w obrót – mruknął bardziej do siebie. - Jak w tańcu – i spróbował wykonać ruch.

Po kilku próbach Ginny siedziała na podłodze i płakała ze śmiechu, a Malfoy stał nad nią z twarzą ukrytą w dłoniach.

- Zgaduję, Weasley, że jesteś beznadziejną tancerką, co? - burknął. Ginny otarła łzy.

- No. Skąd wiedziałeś? - zachichotała.

- Bezbłędna intuicja. Wstawaj. Jesteś beznadziejnym przypadkiem, ale może zrobię z ciebie chociaż parodię baletnicy.

Ginny podniosła się na nogi. Malfoy po raz kolejny, cedząc wyrazy, wyjaśnił jej, co ma zrobić z nogami. Ginny kiwała głową na potwierdzenie, że słucha. Gdy uznała, że tym razem się uda, spróbowali. Ginny z impetem uderzyła w klatkę piersiową chłopaka, zgniatając przy tym boleśnie swój nos. Jęknęła przeciągle.

- To nie jest bezpieczne – powiedziała, ściskając obolały nos. - Zabolało.

- Nie rozumiem. Weasley, trzeba mieć talent, żeby tego nie zrobić. Przecież nogi automatycznie się układają przy tym! To odruch bezwarunkowy!

- A ja go nie mam!

- To miej!

- Nie krzycz na mnie!

- No przepraszam bardzo!

- A no i bardzo dobrze!

- Spróbujemy znowu? Wzbogacającego

- Ale to boli – jęknęła. - Może po prostu nie było nam dane?

- Czekaj, jakie „nam”? Ja jestem świetny w tańcu, to ty masz dwie lewe nogi – parsknął. Ginny skrzyżowała ręce.

- Odpowiedzialność zbiorowa, okej? No i skoro jesteś tak dobry, to wytłumacz to dobrze.

- Chyba zwykły śmiertelnik nie jest do tego zdolny – Malfoy przeczesał włosy palcami i utkwił wzrok w dali, przybierając pozę myśliciela. Ginny czasem się zastanawiała, czy chłopak się zgrywa, czy dramę ma we krwi. - Ale ja zwykłym śmiertelnikiem nie jestem – powiedział w końcu z zmienionym wyrazem twarzy. - I podejmuję wyzwanie. Weasley, masz być wolna w sobotę w południe.

Ginny spojrzała na chłopaka z zaskoczeniem. Po raz kolejny mieli dobrowolnie spędzać ze sobą więcej czasu niż muszą. Powoli przestawało jej to przeszkadzać i to chyba niepokoiło Ginny najbardziej. Mimo wszystko poczuła coś na wzór ekscytacji na tę myśl, choć próbowała ją stłumić.

Chciała się zgodzić, jednak przypomniała sobie, że jednak zgodzić się nie może. Kostium kota wygrał z tańcem Malfoya.

- Poczekaj, nie jestem – powiedziała, próbując mieć przepraszający wyraz twarzy. Malfoy zamrugał z zdezorientowaniem.

- Jak to nie jesteś? - zapytał, jakby nie wyobrażał sobie opcji odmowy.

- Mam własne życie, ok? I w tym życiu mam też zobowiązania – skrzyżowała ręce na piersi. Tak, Malfoy, istnieją na tym świecie ludzie asertywni, niespodzianka, pomyślała, choć jednocześnie coś ścisnęło ją w żołądku, gdy chłopak wzruszył ramionami.

- Bywa – rzucił, odwracając wzrok w kierunku uczniów, którzy zaczęli opuszczać salę. Koniec zajęć.

- Ale może w inny dzień – spróbowała. Nie bądź żałosna, prychnęła na siebie.

Malfoy spojrzał na nią i przez przypadek napotkał jej spojrzenie. Patrzyli na siebie przez chwilę.

- Może tak – powiedział i salutując niedbale odwrócił się i ruszył w kierunku wyjścia.

Dopiero, gdy wyszedł, zauważyła, jak szybko bije jej serce.

oOo


- Ładuj się, Zabini, błagam – syknęła, gdy chłopak niespiesznie wchodził do powozu. Rozejrzała się wokół, wypatrując jakichkolwiek znajomych twarzy. Choć zgodziła się na wyjście z chłopakiem, wolała nie konfrontować tego faktu z jej znajomymi-Gryfonami. W ten sposób mogli oszczędzić sobie krzyków, omdleń i kosztów procesu wydziedziczenia ze spuścizny Gryffindora.

- Aż tak ci spieszno do ruszenia ze mną po przygodę, Gingerku? - zaśmiał się, opadając na jedno z siedzeń. Ginny zatrzasnęła drzwi i zajęła miejsce naprzeciw chłopaka.

- W rzeczy samej. Urodziłam się dla tej chwili. Niech ten powóz niesie nas w dal ku końcu tęczy – odpowiedziała, wywracając oczami.

- Słabe. Na końcu tęczy czeka zielony knypek, który odgryzie ci palce i nos, jeśli tylko zapytasz, co ma w garnku.

- Twoje dzieciństwo musiało być pełne wypaczonych bajek – zachichotała Ginny, opierając głowę o chłodną szybę.

- Nie wypaczonych, a realnych. Mnie rodzice nie okłamywali.

- Realna bajka? To jak uczciwy Ślizgon.

- Albo rozsądny Gryfon.

- No właśnie. Bezsens.

- A jakie bajki wolisz? Księżniczka w opresji, wyswobodzona przez dzielnego czarodzieja?

- Bardziej księżniczka, która sama wychodzi z opresji, zamiast wzdychać za nadętym czarodziejem.

- Nie lubisz być ratowana?

- Wyglądam ci na księżniczkę, Zabini? - uniosła brwi i zrobiła swoją typową minę o tytule „wkurz mnie, a odgryzę ci rękę”. Ślizgon zaśmiał się, rozkładając się na siedzeniu.

- Jeśli zamknąć jedno oko i przechylić głowę w lewo, a drugie oko zmrużyć...

Ginny z gracją kopnęła chłopaka w kolano. Ten parsknął.

- Współczuję twojemu mężowi.

- Ja też – odpowiedziała z rozbrajającym uśmiechem.

Dalej jechali w ciszy. Powóz delikatnie podskakiwał, wydając turkoczący odgłos. Ginny wpatrywała się w umykający świat za oknem.

Powinnam teraz pomyśleć o czymś głębokim.

Ale nie wiem, o czym mogłabym pomyśleć.

Jestem głodna.

Może pójdziemy coś zjeść?

Mam nadzieję, że pójdziemy coś zjeść.

A jeśli wyjdę na grubaska?

Ale czy mnie obchodzi, czy Zabini uważa mnie za grubą?

Zapytam go, czy jestem gruba.

A potem wyskoczę z powozu i utonę w kałuży wstydu.

Też się gapi na okno. Ciekawe, czy myśli o czymś głębokim?

Nie, pewnie też myśli o jedzeniu. Wszyscy myślą o jedzeniu.

A może to tylko ja myślę o jedzeniu?

Jestem głodna. Jadłam dzisiaj śniadanie?

Tak, tak, jadłam. Chyba jednak mam problem.


Ginny zerknęła na swój brzuch.

Tragedii nie ma. Będę się martwić, jak zacznę się przejmować kilogramami.

Powinnam przestać myśleć o jedzeniu.


- Pójdziemy potem coś zjeść? - nagle zapytał chłopak.

- Tak! - krzyknęła Ginny z szerokim uśmiechem. Ślizgon wyszczerzył się.

Wszyscy myślą o jedzeniu.

oOo


- Nie powinniśmy jednak szukać tego kostiumu? - zapytała Ginny.

- I osamotnić ten biedny deser? One potrzebują miłości! - odpowiedział z pełnym przekonaniem Zabini, wkładając łyżeczkę do ust. Ginny pokiwała gorliwie głową.

- Masz rację. Trzeba by być potworem, by teraz je zostawić!

- Pójdziemy, kiedy przestaną być tak dobre.

- Czyli zostaniemy tu na wieki?

- A przynajmniej do zamknięcia lokalu.

- Będziemy grubi.

- To poświęcenie w wyższej sprawie, Gingerku.

Ginny roześmiała się. Gdy wysiedli z powozu, ich pierwszym przystankiem była mała kawiarnia z niemałym wyborem deserów. Mijało się to z celem ich wyprawy, ale uznali, że są sprawy ważne i ważniejsze, a jedzenie zajmuje miejsce priorytetowe.

- Czy robienie tak dobrych deserów jest w ogóle dozwolone? To jak narkotyk.

- Jeśli je zdelegalizują, będę pierwszym który ruszy na demonstrację w obronie tej kawiarni.

- Byłeś tu w ogóle wcześniej?

- Nigdy. Zmarnowałem siedem lat życia, nie znając tego miejsca. Ogarnia mnie żal na myśl o niewykorzystanych chwilach – przyłożył rękę do serca, patrząc na swój na wpół zjedzony deser.

- Mniej żalu, więcej jedzenia – parsknęła Ginny, nabierając sporą łyżeczkę.

- Bardzo prawda. Jak ty mnie, Weasley, rozumiesz. Gdzie ty byłaś całe moje życie? - zaśmiał się Zabini.

- Uwięziona w wieży Gryffindoru, czekająca na ratunek nadętego czarodzieja – odpowiedziała wzniośle, unosząc wzrok ku górze. - Ale pajac nie przyszedł, więc sama musiałam się pofatygować schodami w dół – wzruszyła ramionami, wciskając kolejną porcję czekolady do ust.

- Może się bał, że go pokopiesz i pogryziesz? - Zabini przekrzywił głowę. - Czasem sam się boję. Jesteś nieobliczalna. Aż strach się bać. Bez kija nie podchodź.

Ginny skrzyżowała ręce na piersi.

- Nie jestem taka zła- zmarszczyła brwi. - Jestem gorsza – parsknęła, uśmiechając się szeroko. - Warta nadętego czarodzieja.

- Bufon i furiatka? Piękna historia miłosna – parsknął Blaise.

- Bardziej komedio-dramat.

- A nawiązując do komedio-dramatu – chłopak zamieszał w naczyniu. - Kochacie się już z Draco?

Ginny zakrztusiła się lekko.

- Bardziej staramy się nie zabić. Na razie nam wychodzi – wzruszyła ramionami. Coś ścisnęło ją w żołądku i z pewnością nie był to deser.

- Oj daj spokój – zaśmiał się Blaise. - Wmawiaj sobie dalej.

- A co ty wiesz, Zabini?

- Więcej niż myślisz, mówiłem – poruszył brwiami. - Teraz nadszedł ten czas – powiedział Zabini, nachylając się. - No dalej. Powiedz to: Blaise Zabini, miałeś rację. Jestem marnym pyłem na tym świecie, gdy twoja mądrość obiega cał-

- I dobrze wiesz, że to się nigdy nie stanie – prychnęła, poruszając się niespokojnie na krześle. - Ale... może jakiś pierwiastek pierwiastka racji w tym było. Tak odrobinę. Nic znaczącego, maleńki pyłek w przestworzach. I tak sądzę-

- Lubicie się – wyszczerzył się Zabini.

- Co? Nie! Broń Merlinie! Nie wybiegajmy tak daleko! Uznajmy, że Malfoy potrafi być przyzwoity, jeśli okoliczności dopiszą – objęła się rękoma. - A zazwyczaj nie dopisują.

- Kłamsteewkoo – powiedział śpiewnie Blaise. - No dalej. Miałem rację. Powiedz to. Dwa słowa. Umiesz. Kibicuję ci, Gingerku, no!

- Wcale nie mia-

- Nie, to nie te słowa! Spróbuj jeszcze raz!

- Zabini.

- To łatwe, śmiało!

- Przestań, bo-

- Poczujesz się lepiej!

- Nie, wcale nie chcę-

- Zrób to!

- Zabini!

- Gingerek!

- Dobra, miałeś rację, udław się tym! - krzyknęła, odchylając się z frustracją na krześle.

- TAK! - krzyknął Zabini, wyrzucając ręce w powietrze. - Zwycięstwo!

Ślizgon rozciągnął usta w uśmiechu. Ginny tylko przewróciła oczami, jednak po chwili także się uśmiechnęła.

- Ale wiesz, że to nic nie zmienia, prawda?

- To zmienia wszystko – uśmiechnął się jeszcze bardziej.

- Jesteś dziwny.

- Staram się.

Ginny zaśmiała się i westchnęła ciężko.

- Dobra, Zabini. Było miło, ale mamy obowiązki do spełnienia.

- Ten deser nadal jest dobry – jęknął chłopak.

- A ja mam esej z transmutacji, więc im szybciej dotrzemy do kota, tym lepiej – powiedziała, podnosząc się.

- Zazwyczaj panie robią wszystko, by spędzić ze mną więcej czasu, wiesz? Działasz wbrew zasadzie – powiedział Zabini, gdy już wychodzili.

- Postaraj się mi wybaczyć – parsknęła, przechodząc przez drzwi.

- Nic nie obiecuję, Gingerku, ale... Dracon! Skąd się tu wziąłeś? - zakrzyknął Ślizgon. Ginny obróciła się gwałtownie. Za nimi stał Malfoy, przyglądając się im z uniesioną brwią.

- Zasługa moich rodziców i owocu ich miłość – odpowiedział beznamiętnie. Ginny nauczyła się już rozpoznawać ten ton. Będzie źle.

- W takim razie wszystko jasne – skwitował radośnie Zabini, klaskając w ręce. - I co tu robisz?

Malfoy wzruszył ramionami, przesuwając leniwie spojrzenie z Zabiniego na Ginny i z powrotem.

- Chodzę, kupuję, obserwuję tych, co chcieliby kupować, ale są żałośnie biedni, śliniące się pary i inne przypadki godne westchnięcia.

Blaise jęknął.

- Masz znowu Dzień Boleści?

- Dzień Boleści? - zapytała Ginny, nim blondyn zdołał odpowiedzieć.

- No. Boli go wszystko wokoło. I każdego, kto tego słucha też boli – westchnął Zabini. - Ciężki przypadek.

- Twoje poczucie humoru to też ciężki przypadek – odpowiedział ponuro Malfoy. Ginny skrzyżowała ręce na piersi.

- Skup się najpierw na swoim, bo jest na czym.

- Cicho, Weasley, dorośli rozmawiają – powiedział leniwie, nie zaszczycając dziewczyny spojrzeniem.

O. Tak. Jasne. Fajnie, Malfoy. Fajnie. Wracamy do punktu wyjścia?, Ginny zaczerwieniła się.

- Nawet największa gwiazda czasem przygasa – powiedział lekko Zabini. Zdawał się nie zauważać rosnącego napięcia.

- Lub gaśnie całkowicie – skwitował krótko Malfoy. - W każdym razie nie będę dalej wstrzymywał tej uroczej schadzki, bywajcie – dodał beznamiętnie i obrócił się na pięcie.

- No właśnie wręcz przeciwnie, z nieba mi spadłeś, jak ten upadły anioł, Draco. Ktoś musi dotrzymać towarzystwa mojej drogiej koleżance – poklepał Ginny po ramieniu, - gdy ja będę załatwiał ważną sprawę. Wracam za moment!

- Czekaj, co?! - krzyknęła Ginny, jednak Zabini już zdążył odbiec. Gryfonka napotkała spojrzenie Malfoya. Nie podobało jej się.

- Nie mam zamiaru – powiedział.

- I ja cię wcale nie proszę, droga wolna – prychnęła. Znoszenie humorów nadętych czarodziejów nie było jej profesją.

- Możesz za nim pobiec, bo możliwe, że już nie wróci. Z twoją odstraszającą aparycją... – parsknął krótko Malfoy. - Tak, lepiej go goń – skwitował i strzepnął niewidzialny pyłek z swojego płaszcza.

- Zaraz pogonię ciebie, Malfoy – warknęła Gryfonka. - Nie wiem, o co ci idzie, ale nie mam zamiaru w to wchodzić – odwróciła się na pięcie. Miała zamiar dumnym krokiem odejść, zachowując klasę, a potem użyć za rogiem wszystkich brzydkich słów, jakich nauczyli ją bracia.

- Idzie mi o to, że sięgasz tam, gdzie nie powinnaś.

Ginny westchnęła ciężko i obróciła.

- I co, Malfoy, wracamy do punktu wyjścia?

- A gdzieś się w ogóle ruszaliśmy? - rozejrzał się bez celu. - Zresztą, ta rozmowa nie ma sensu. Biegnij do Blaise'a – prychnął z pogardą i odwrócił się.

- Sam jesteś bezsensu – rzuciła gniewnie Ginny i bezceremonialnie odeszła, nie mając pojęcia, gdzie się kieruje. Miała zamiar zabić Zabiniego. A potem coś rozwalić. Ewentualnie rozwalić coś przy zabijaniu Zabiniego.

Usiadła na ławce. Zimny wiatr schładzał jej rozgrzaną twarz. Odetchnęła głęboko. A potem jeszcze raz.

- No co za dupek autoryzowany – wyrzuciła, przeczesując włosy.

- Niby tak, ale też nie – powiedział Zabini, siadając obok. Ginny podskoczyła z cichym okrzykiem, łapiąc się za serce.

- Zabini!

- Tak, wiem, wiem, trzymaj – wcisnął jej ciepły kubek w rękę. - To czekolada. Pij i słuchaj, mam zamiar ratować moją ciężką pracę.

- Nie. Nie, ja się nie zgadzam, okej? Mam dość, Zabini-

- Pij!

Ginny wywróciła oczami i ze złością wzięła jednego łyka. Czekolada była niesamowita.

- Bo widzisz, to jest rozchwiany człowiek. Tknij patykiem nie tam, gdzie trzeba, a oderwie ci głowę. No i trzeba po prostu odrzucić ten patyk i-

- Zabini, gdyby ta czekolada nie była taka dobra, rzuciłabym nią w ciebie – przerwała chłopakowi. - Nie jest chwiejny. Jest po prostu... jest jak rozpieszczony dzieciak, któremu nie wiadomo, o co chodzi, a ja nie cierpię bachorów, okej? I nie mam zamiaru się z nim bawić.

- Ale było dobrze, prawda? To znaczy, że coś się nie zgadza.

- Cały ten człowiek się nie zgadza. Jednego dnia wszystko w porządku, a w drugim muszę pilnować, żeby nie rzucił mi klątwą w plecy – założyła nogę na nogę i oparła się. - Nie warto.

Obydwoje przez chwilę milczeli. Zabini patrzył się w dal.

- Na pewno nie warto?

- Szkoda mi życia.

- Obydwoje jesteście niemożliwi.

- On bardziej. A ty najbardziej, bo z tobą też nie wiadomo, o co chodzi.

- Ej, zaufaj mi, ja mam swój cel, Gingerku, który wszystkim wyjdzie na dobre.

- Na razie nie wychodzi.

- Co jest absolutną nieprawdą i dobrze o tym wiemy.

Ginny westchnęła ciężko.

- Ale o co mu chodzi?

- No więc on może czasem jest trochę jak dziecko-

- Ciągle.

- A dzieci nie lubią, jak przestajesz zwracać na nie uwagę, nie?

- I do czego zmierzasz? Kupić mu zabawkową miotełkę i pobawić się na podwórku?

- To mogłoby zadziałać – parsknął Blaise, jednak spoważniał przy ponurym spojrzeniu Gryfonki. - No więc rozważ ten mój przykład. Jak bawisz się z dzieckiem, a potem idziesz zabawiać inne, to to pierwsze nie będzie szczęśliwe, prawda?

Ginny zamrugała kilka razy.

- Co?

- Dlaczego ty nigdy nie łapiesz, co do ciebie mówię? - jęknął.

- Dlaczego ty zawsze mówisz do mnie w innym języku? Blaise, konkrety!

Ginny zamarła. Czy ja powiedziałam „Blaise”?. Nie. Nie, ja powiedziałam „Zabini”. „Zabini”, prawda?
Spojrzała na Ślizgona.

… a jednak powiedziałam „Blaise”.

- Jest zazdrosny, Ginny – chłopak powiedział spokojnie. Dziewczyna poczuła, jak coś mocno ją ściska w środku.

- O co? - roześmiała się bez humoru. Chłopak spojrzał na nią znacząco. Ginny popukała się w głowę.

- Głupi jesteś – mruknęła.

- Wy bardziej – odpowiedział lekko.

Ginny westchnęła.

- Dobra, ale jeśli jeszcze raz mnie wkurzy, to mu przyłożę.

Blaise uniósł kącik ust.

- Zgoda.

Obydwoje jednocześnie wzięli łyk gorącej czekolady.

Się porobiło.

oOo


- Gina, ale ja nie mogę zrobić jeszcze jednego treningu, będzie bunt na pokładzie.

- Jeśli racjonalnie to wyjaśnisz...

- Racjonalnie? Nawet dla mnie to nie jest racjonalne!

- Harry!

- Ginny!

Gryfonka prychnęła. Jeśli tylko Gryfoni by chcieli, to by swoje lwie tyłki ruszyli na boisko na kolejny trening.

- Co ci tak zależy, swoją drogą? - zapytał, wyciągając nogi w stronę kominka. Ginny zacisnęła usta.

- Trzeba zniszczyć Slytherin, prawda?

- Od kiedy jesteś tak wojowniczo nastawiona? - zaśmiał się. Ginny spojrzała na niego z obruszeniem.

- Od zawsze. Z tarczą lub na tarczy, Potter – powiedziała, unosząc brwi. Harry spojrzał na nią dziwnie.

W rzeczywistości sam Slytherin obchodził Ginny tyle co jej stare skarpetki. To była sprawa osobista. Postanowiła, że Draco Malfoya trzeba odchudzić z jego ego i wydumanego przeświadczenia, że wszystko mu wolno. Skoro był dzieciakiem, to ona miała zamiar go wychować na porządnego bachora.

Mecz miał się odbyć w najbliższą sobotę i Ginny miała zamiar zrobić wszystko, by zakończył się spektakularnym zwycięstwem jej drużyny. Przez co jej koledzy zaczynali powoli nienawidzić Gryfonki i jej morderczego zapału.

Sam Malfoy systematycznie ją ignorował, co spotykało się z pełnym odwzajemnieniem. Czasem przez przypadek ich spojrzenia się napotykały – wtedy następowało udawanie, że wcale się na siebie nie patrzą.

Za to na meczu Ginny miała zamiar patrzeć się z pełną intensywnością. Tak, by chłopak w pełni poczuł, że przegrywa.

Ginny przez resztę tygodnia poganiała członków drużyny do pracy, a sama codziennie biegła na boisko, by dać z siebie wszystko.


oOo


Jeśli na ziemi istniało piekło, były to piątkowe eliksiry. I Ginny właśnie wchodziła w to piekło. Jęknęła przeciągle.

- Ja nie chcę – westchnęła z żałością. Luna poklepała przyjaciółkę po ramieniu.

- Byle do końca, Ginny.

- Ale czy koniec kiedykolwiek nadejdzie? - zapytała Gryfonka, patrząc się w przestrzeń.

- Koniec rozmów – warknął Snape, wpadając do klasy. Ginny westchnęła ciężko, zastanawiając się, czym zawiniła niebiosom i uniosła wzrok. Wtedy zobaczyła Draco Malfoya, który wkroczył za Snape'm. Chłopak miał swój tradycyjny uśmieszek na twarzy.

Co tu robi ta fretka?


- Pierwsza wiadomość jest taka, że dziś nie będę miał wątpliwej przyjemności pilnowania, byście nie wysadzili się w powietrze. Mam inne zajęcie. Dziś tej torturze podda się pan Malfoy. Ma pełne prawo do odjęcia wam wszelkich punktów, więc nadal jesteście zobowiązani do ujarzmiania swoich dzikich zapędów. Instrukcje na tablicy. Do roboty.

- Moment, ale dlaczego?

Snape zmierzył zimnym spojrzeniem śmiałka, który odważył się zaprotestować.

- Przede wszystkim, Correli, dlatego, że ja tak mówię. Poza tym jest to praktyka zawodowa. Dobrej zabawy – wycedził i zaprowadził Malfoya do swojego biurka. Obydwaj zaczęli po cichu rozmawiać.

Ginny miała ochotę wstać i biegać w kółko z dzikim wrzaskiem. Na poważnie rozważała zamarkowanie jakiegoś urazu i ucieknięcie do Skrzydła Szpitalnego.

Luna zaczęła znosić składniki. Zazwyczaj Krukonka, poza przygotowaniem swojego eliksiru, uczestniczyła czynnie w trakcie tworzenia pracy przyjaciółki – tak było bezpieczniej dla wszystkich.

Ginny wpatrywała się w stolik, przygotowując w głowie plan przetrwania.

W pewnym momencie poczuła na sobie czyjeś spojrzenie i nie miała wątpliwości, do kogo należało. Odwróciła się.

- Możesz przestać się gapić? - warknęła do Malfoya, który nonszalancko opierał się o sąsiedni stolik. Chłopak uniósł brew.

- A możesz wziąć się do roboty? Eliksir wymaga trochę więcej niż tępego gapienia się w kociołek.

Ginny ze złością odwróciła się plecami do blondyna. Nie miała zamiaru oglądać jego uśmieszku satysfakcji. Ze złością zabrała się do porządkowania materiałów.

- Dupek – mruknęła pod nosem.

- I pięć punktów od Gryffindoru za niewybredne słownictwo.

Ginny zmiażdżyła w ręku fasolkę, którą trzymała.

Ty mała, przebrzydła fretko farbowana! Mam nadzieję, że zaraz się wywalisz. I wsadzisz tę tlenioną czuprynę do kotła. I że wyłysiejesz. I wyrosną ci fioletowe brodawki. A ja będę się śmiała. Zobaczysz. Będę się śmiała, ty-

- Ginny, miało być w kostkę, a nie na proszek! - Luna wyrwała Gryfonce ostrze z dłoni i delikatnie odsunęła to, co zostało z korzenia.

Ginny odetchnęła głęboko.

- To będzie długa lekcja – mruknęła.

Gryfonka nawet nie miała pojęcia, jak bardzo ma rację.

Pod koniec zajęć miała ochotę wziąć słoik z najobrzydliwszą substancją i rozbić go na głowie Draco Malfoya. Chłopak wydawał się powziąć postanowienie, by doprowadzić Ginny do wybuchu, który usłyszałaby cała Wielka Brytania.

„Weasley, miej litość, Trzminorek z chrabąszczami? Miałaś kiedyś w rękach podręcznik do podstawy?”

Za chwilę będę miała w rękach twoje wydarte z piersi serce jeśli się nie zamkniesz.

„Wiem, że w domu mogli ci o tym nie mówić, ale zdradzę ci sekret: myślenie nie boli. Spróbuj czasem, to dobra zabawa”

Zaraz ciebie zaboli, wątpliwy intelekcie.

„Weasley, eliksir zazwyczaj warzy się w kociołku, nie obok niego. Sprzątnij to, tu nie chlew, co może być dla ciebie odmianą”

Luna musiała powstrzymać przyjaciółkę przed rzuceniem się z srebrnym ostrzem na chłopaka. A potem przed rzuceniem w niego breją z resztek składników.

Ginny uznała za swoją misję, by zetrzeć z twarzy Ślizgona paskudny uśmieszek raz na zawsze.

Coś czuję, że podczas meczu ktoś dostanie taki nokaut, że aż przejdzie do historii, pomyślała, mieszając trzęsącymi się ze złości rękoma to, co miało być eliksirem.

Malfoy po raz kolejny podszedł do ich stanowiska i nachylił się nad kociołkiem, przybierając zdegustowany wyraz twarzy.

- Nie wiem, czy to by się nadało nawet do przeczyszczenia rur – powiedział. Ginny zdusiła chęć, by przycisnąć głowę chłopaka, by wylądowała w kociołku.

- Popatrz, prawie się zmartwiłam twoją opinią, ale potem sobie przypomniałam, że guzik mnie ona obchodzi – warknęła Gryfonka. Malfoy obdarzył ją paskudnym spojrzeniem.

- A powinna. Może wreszcie udałoby ci się zrobić coś więcej niż te pomyje.

- To też moje pomyje – powiedziała Luna lekkim tonem. Wydawała się wcale nie zauważać, że sytuacja nie jest przyjemna.

- Nie przyznawaj się, Lovegood – prychnął Malfoy. - Aż żal serce ściska, jak się na to patrzy.

- No. To już znasz dokładnie nasze odczucia, gdy patrzymy na twoją twarz – odpowiedziała Ginny, posyłając mu wyzywające spojrzenie.

- Powinnaś poważnie się zastanowić, kiedy masz zamiar otworzyć usta, Weasley – warknął Ślizgon. Ginny zrobiła krok w jego stronę.

- A ty powinieneś się zastanowić nad dorośnięciem, Malfoy – odparła tym samym tonem. Chłopak zmrużył oczy, nachylając się ku dziewczynie.

- O czym ty mówisz, Weasley?

- O tym, żebyś wreszcie wziął się w garść i przestał zachowywać jak duże dziecko. Dorośnij, a potem sobie porozmawiamy.

- Weasley, czy ty za dużo sobie nie wyobrażasz? - warknął cicho. Ginny zmrużyła oczy.

- Nie, to ty sobie wyobrażasz i robisz cyrk, tam gdzie jest niepotrzebny.

Gryfonka mogła przysiąc, że obydwoje w tym samym momencie wstrzymali powietrze, nie odrywając od siebie spojrzeń.

Do rzeczywistości przywołał ich najmniej potrzebny w tym momencie człowiek.

- Wnoszę, że eliksir już skończony?

Ginny podskoczyła. Głos Snape'a nawet po sześciu latach wywoływał u niej mały zawał.

- No... tak jakby... - wymamrotała Ginny. Rzuciła błagalne spojrzenie Lunie. Blondynka tylko pokręciła głową z żałością.

No to szubienica.

- Zdefiniuj „tak jakby”, Weasley, bo według mnie to nawet do „tak jakby” się nie podciąga – warknął Snape, wskazując na zawartości kociołka. - Co ty robisz na moich lekcjach, gdy tłumaczę?

Jeśli taka lekcja kiedyś nastąpi, to chętnie posłucham.


Ginny nie odpowiedziała.

- Co więcej, Weasley, dostałaś przecież cenne wskazówki od pana Malfoya, prawda? - uniósł brwi. Ginny poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy. Nie zrobisz tego, nie odważysz się.- A mimo to zostały one zignorowane. Szkoda, były... celne – uśmiechnął się paskudnie. Coś w żołądku Gryfonki się przewróciło. - Zmusza mnie to, do oblania tego eliksiru. Oczywiście do poprawki. A za niesubordynację, co robię z bólem serca... – jego mina wskazywała całkowicie co innego. Ginny zastanawiała się, jak wiele punktów się posypie. - Szlaban, Weasley.

- Szlaban?

Darował mi punkty? Darował tyle punktów?!

- Szlaban. Do odpracowania jutro rano.

Ginny zesztywniała.

- Ale jutro jest mecz-

- Tak? - Snape uśmiechnął się paskudnie, odsłaniając żółte zęby. - W takim razie nie poszczęściło ci się. Może jeśli spędzisz więcej czasu nad kociołkami, a mniej na uganianiu się za piłką, coś przybędzie w tej głowie.

- Ale-

- Dość. Mogę jeszcze odjąć punkty – Snape odwrócił się, powiewając czarnym płaszczem. - Koniec zajęć.

Ginny wpatrywała się nieprzytomnie w plecy nauczyciela. Nie mogła uwierzyć w to, co się stało. Powoli fakty do niej docierały. Coś mocno ścisnęło ją w gardle.

Wzięła głęboki oddech. A potem następny. Przełknęła ciężko.

Czuła gorące łzy, napływające do oczu. Nawet nie wiedziała, dlaczego aż tak ją to uderzyło.

A tak właściwie, to wiedziała.

Spojrzała z pełnym wyrzutem na Ślizgona, który także wyglądał na zszokowanego.

- Brawo, Malfoy – powiedziała cicho Ginny i wypadła z klasy, nie oglądając się za siebie.

Dopiero kiedy Ginny była w pustym korytarzu, daleko od lochów, pozwoliła sobie na wybuch niekontrolowanego szlochu.

Fakt, że płakała, zdenerwował ją do tego stopnia, że zaniosła się jeszcze większym płaczem.

Nie miała nawet zamiaru zastanawiać się, co się z nią dzieje.

oOo


Slytherin wygrał.

Choć starania drużyny Gryffindoru były wielkie, nie byli w stanie zdobyć wystarczająco punktów w rozbitym składzie.

Ginny porażkę przyjęła z żalem tak dużym, że nie miała sił na wybuch. Resztę soboty spędziła włócząc się bezcelowo po zamku.

Odrzuciła propozycję drużyny, by pójść na „imprezę pocieszenia”.

Blaise'a, który próbował zgadać, posłała do diabła.

Colina grzecznie poprosiła, by pozwolił jej w samotności wyładować pokłady złości, gdy zaczął starać się za bardzo.

Charlie nawet nie próbował, po prostu uśmiechał się pocieszająco.

Z wdzięcznością przyjęła tabliczkę czekolady od Luny. Krukonce udało wkupić się w łaski i następnie zaciągnąć Ginny do Wielkiej Sali na posiłek.

Gryfonka starała się nie słuchać triumfów przy stole Ślizgonów. Była niezmiernie szczęśliwa, że Draco Malfoya nie było w sali – prawdopodobnie rzuciłaby się na niego i skończyła w Azkabanie.

Gdy bez zapału mieszała w misce z zupą, podbiegł do niej uczeń z pierwszego roku, kładąc przed nią kawałek pergaminu. Odbiegł, nim Ginny zdołała zapytać, kim jest i czego chce.

Gryfonka ostrożnie podniosła papier. Eleganckim pismem zostały na nim skreślone słowa:

17:00

Boisko Quidditcha.

Czekam.

D.M.

Serce Ginny natychmiast przyspieszyło, wybijając niespokojny rytm. Fakt, że Malfoy wyszedł z jakąkolwiek inicjatywą był nierealny. Chyba że zaplanował wbić ostatni gwóźdź do jej trumny. Wtedy wiadomość miałaby sens.

Dziewczyna rozejrzała się po sali. Wszyscy zajmowali się swoimi sprawami.

Nigdzie nie idę, pomyślała ze złością i wcisnęła papier do torby. Wszystko w niej zbuntowało się na myśl o takiej decyzji.

Jestem silną, niezależną kobietą, która-

Wzrok Ginny napotkał spojrzenie Blaise'a, siedzącego przy stole Slytherinu. Chłopak uniósł dwa kciuki w górę.

Ginny odetchnęła ciężko.

Jestem beznadziejnie głupia, westchnęła i wybiegła z Wielkiej Sali. Miała niewiele czasu na zgarnięcie ciepłych ubrań i dotarcie na boisko.

To nie jest dobry pomysł. W co ja się pakuję? To nie skończy się dobrze. Zły, zły pomysł. Powinnam zostać przed kominkiem i jeść czekoladę.

Tak zrobię!


Minęła kominek i wypadła z Pokoju Wspólnego.

No jasne, że tak nie zrobię. Idę na poniżenie, dlaczego to robię?

Dobrze. Pójdę tylko po to, żeby odstrzelić mu ten tleniony łeb.


Głupia fretka.

Gdy zwolniła przed wejściem na boisko, ciekawość całkowicie zawładnęła nad złością. Ginny zacisnęła mocno dłoń na różdżce i wkroczyła na murawę.

Rozejrzała się, jednak nikogo nie dostrzegła. Odetchnęła ciężko.

Głupia-

- Spóźniłaś się.

Ginny obróciła się gwałtownie. Nie miała pojęcia, jak Malfoyowi udało się podejść tak blisko. Kolejny powód, by go nie lubić.

Chłopak miał na sobie gruby, czarny golf i spodnie do Quidditcha. Malfoy w tak niecodziennym wydaniu na tyle zaskoczył Ginny, że zapomniała przez chwilę być wściekłą.

Ślizgon trzymał pod pachą dwie miotły, a w ręce Kafla.

Gryfonka skrzyżowała ręce na piersi.

- Czego chcesz?

Malfoy uniósł lekko kącik ust.

- Mamy mecz do rozegrania – powiedział spokojnie. Ginny zacisnęła usta w cienką linię.

- Mecz się skończył. Gratuluję – skrzywiła się z niechęcią, unikając spojrzenia chłopaka. Malfoy pokręcił głową.

- Nawet go nie zaczęliśmy – odpowiedział, uparcie wlepiając spojrzenie w twarz dziewczyny. - Nasza gra czeka. Podejmujesz się? - wyciągnął w jej stronę jedną z mioteł.

Ginny spojrzała na Ślizgona. Nie mogła w nim dostrzec cienia szyderstwa. Zawahała się i westchnęła głośno.

- Matko, Malfoy, nie możesz po prostu powiedzieć „przepraszam”? - wywróciła oczami. Chłopak prychnął.

- Ja nie przepraszam – powiedział obruszony. Ginny przyjrzała mu się. Mogłaby przysiąc, że Malfoy jest zmieszany.

- Skoro tak mówisz... - odpowiedziała i chwyciła miotłę. - W takim razie z przyjemnością cię rozgromię – uniosła kącik ust.

Chłopak spojrzał na nią z podobnym wyrazem twarzy.

- W twoich snach, Weasleyku.

Wzbili się w powietrze.

Grali długo. Grali, dopóki ręce nie zmarzły im na tyle, że nie byli w stanie trzymać drążków mioteł. Gdy ramię w ramię opuszczali boisko, było tak ciemno, że z trudem widzieli drogę powrotną do zamku.

Ginny miała nieodparte wrażenie, że tego dnia wygrali oboje.



WRESZCIE JEST. 
Wiem. To był długi okres czasu, ale też wiele się działo. Zamknięcie semestru, próbne matury, studniówka i wiele innych.
Pisanie nie szło w ogóle. Poza brakiem czasu był też brak energii. To był taki czas, kiedy pisanie zabawnych rzeczy przychodziło (przychodzi) mi z wielkim trudem i wolę nie wstawiać nic niż wstawić coś mocno słabego. Po prostu nie mogę. W każdym razie prawdopodobnie teraz będzie lepiej, choć nie obiecuję.
Przepraszam też za nieodpisywanie na komentarze, które były świetnym kopem do ruszenia się do pisania, ale nawet to ciężko przychodziło. Dziękuję bardzo za obecność, czytanie, wszystko i zachęcam do zostania :)

Pozdrawiam

Suggar

PS: W zadośćuczynienie rozdział jest dłuższy niż przeciętny wpis :D
Zachęcam także do komentowania, tym razem będzie więcej reakcji ode mnie!